sobota, 10 lutego 2018

Wietnam (Dong Hoi)

Wietnam (Dong Hoi) - Dni w stylu Barei.



Albo autostop w Wietnamie nie należy do najłatwiejszych, albo w ostatnim czasie miałem po prostu pecha. Po pierwsze, główna trasa (AH1), łącząca północ z południem kraju, czasem ma dwa pasy, czasem jeden, czasem w ogóle nie ma żadnych linii, a w niektórych miejscach, asfalt ustępuje miejsca glinie w kolorach od pastelowo-pomarańczowego do karmazynowego. Dlatego, należy się liczyć z tym, że mimo, że kierowcom wydaje się, że biorą udział w Grand Prix Indochina, średnia prędkość podróżna to ok. 20 - 40 km/h. Wyjeżdżając z Hai Phong, najpierw zgubiłem drogę i godzinę stałem pod, podobno, niewłaściwym znakiem, którego strzałka pokazywała jednak miasto, na które się kierowałem. W końcu, zatrzymał się młody chłopak na skuterku i zaoferował odstawienie mnie na prawidłowy szlak. Później, poszłoby już gładko. Co chwila zatrzymywał się jakiś busik. Ja nie miałem jednak ochoty na targowanie niebotycznych kwot za 20-30 kilometrów jazdy dalej.


Podobnie jak wiele rzeczy w Wietnamie, również główna trasa łącząca północ z południem kraju jest bardzo zróżnicowana.
  
Po kilkudziesięciu minutach i kilku rozstaniach z kierowcami busów, udało mi się zatrzymać ciężarówkę do Ninh Binh. Uśmiechnięty kierowca, niestety nie znał ani jednego słowa po angielsku. Za to poczęstował mnie kawałkiem kleistego ryżu zawiniętym w liść bambusa. W Ninh Binh, czekał mnie malutki spacerek. W strugach deszczu, który wydawał się padać pod ukosem, musiałem przejść na odpowiedni wylot z miasta, próbując zniechęcić mototaksówkarską mafię do zaczepiania mnie. W Wietnamie nie ma kłopotu ze złapaniem taksówki  - tutaj taksówkarz łapie klienta. Im przewaga kilogramowa i śmiałość kierowcy jest większa, tym bardziej skuteczne będą wyniki jego łowów (zdarzyło mi się już kilka razy być na siłę wciąganym do taryfy).
  

Biorąc pod uwagę styl jazdy wietnamskich kierowców, zatrzymanie ciężarówki to nie tylko lepsze widoki, ale i zwiększone bezpieczeństwo.


Później, od wioski do wioski, łapiąc pokracznie kolejne okazje, udało mi się dojechać do Thanh Hoa. Jak się okazało, przejechanie 60 kilometrów, zajęło mi kilka godzin. Zastanawiałem się, gdzie mogę tego dnia najdalej dojechać. Moje wątpliwości rozwiała Jenny - studentka dziennikarstwa na jednym z uniwersytetów w Hue. "Jedziemy do Dien Chau. Chcesz się zabrać z nami?" - zapytała wystawiając głowę zza okna busika. Jenny wraz z rodzicami i rodzeństwem była w trakcie rodzinnej pielgrzymki z południa na północ i znów na południe kraju, odwiedzając wszystkie gałęzie jej drzewa genealogicznego. Pokonanie 90 kilometrów zajęło nam blisko trzy godziny. W Dien Chau, rozejrzałem się po ciemnej okolicy, w której przez brak jakiegokolwiek oświetlenia nie dojrzałem nic ciekawego. Nie widziałem sensu meldowania się do nawet najtańszego hoteliku na jedną tylko noc. Zamiast tego, szukałem dobrego miejsca na kemping. Pierwsza próba postawienia kroku w pole - plusk - niestety trafiłem na pole ryżowe. Zawsze lepszy plusk niż cyk. Po wygrzebaniu z plecaka latarki już się udało. Znalazłem małą polankę niedaleko mini-plantacji bananów, na której grunt pozwolił mi bezproblemowo wbić śledzie i ustawić namiot. W Wietnamie, ceny zakwaterowania zaczynają się już od 3 dolarów. Planując jechać dalej następnego dnia, nie ma jednak żadnego sensu uciekać do hotelu - z wygodnego łóżka ciężej się rano podnieść niż z twardej, nierównej namiotowej podłogi.



Próba noclegu w pozornie mięciutkim polu może się czasem skończyć kałużą w butach.


Następny poranek przypominał jakiś opad radioaktywny. Mżawka wyglądała jak mgła. Zima nie jest dobrą porą na odwiedzanie północnego Wietnamu. Jest zbyt wilgotno. Mimo wszystko, udało mi się dostrzec, że spędziłem noc w czyimś ogródku. Właściciel nie był mną zainteresowany tak jak ja jego bananami. Niestety, zielone owoce na drzewie okazały się jeszcze mało zdatne do spożycia.


Gdyby banany były trochę bardziej dojrzałe a obok był krzaczek kawy, byłaby to idealna agroturystyka ze śniadaniem.  



Po skromnym śniadaniu złożonym z bagietki i słodkiego, skondensowanego mleka, które udało mi się bez problemu wnieść do kawiarni, napisałem na kartcę "Vinh". Mimo, że Vinh znajdowało się tylko kilkanaście kilometrów od Dien Chau, dojechanie do tego mało ciekawego miasta zajęło mi ponad godzinę. Przez dwadzieścia kolejnych minut szedłem wzdłuż drogi by znaleźć się na rogatkach. Po kilkudziesięciu minutach stopowania z tabliczką z napisem Dong Hoi, do którego, mimo sporego dystansu, bardzo chciałem  się tego dnia dostać, zatrzymał się dalekobieżny autobus jadący z Hanoi do Ha Tinh. W środku, wesoły Pan Trang gestem pokazał, że nie chce ode mnie żadnych pieniędzy. Dzięki Panu Trangowi, mój dzień, ze zwykłego, szarego, zamienił się w kolorowy.
  
Autobus wysadził na stacji wszystkich pasażerów w pobliskim Ha Tinh. Mnie, jednak, kierowcy poprosili bym został w środku. Wielkim Neoplanem, wjechaliśmy w ciasne uliczki miasta by po chwili zatrzymać się pod..... salonem piękności. Jak na salon piękności przystało, w progu przywitała nas piękna właścicielka. Kiedy chciałem wyjść się przywitać, zauważyłem, że Pan Trang ma na sobie moje buty. Zwróciłem mu delikatnie na to uwagę, ale ten, roześmiany, pokazał na swoje białe adidasy. Faktycznie, moje czarne trampki zrobiły się kolorowe. Nie chciałem jednak innych butów - kilka minut na wietnamskich poboczach i, cokolwiek miałoby się na nogach zmieniłoby się w cichobiegi bagienne - w dosłownym tego słowa znaczeniu.
 
Salon piękności okazał się być przedsiębiorstwem wielobranżowym. Za dwupiętrowym budynkiem z fioletowym tynkiem i skośnym dachem znajdował się parking na autokarową flotę. Oprócz tego, przed domem stały 4 czarne, świeżo wysmalcowane, pachnące nowością Toyoty Camry, które nie wiem do czego służyły. W środku, oprócz full-servisu całego ciała można było również wymienić sobie walutę i kupić biżuterię.
 
Razem z Panem Trangiem, zostaliśmy poczęstowani herbatą i duńskimi ciasteczkami. Pan Trang co chwila dzwonił po znajomych, którzy przychodzili, witali się by po chwili zniknąć. Jednym z nich był policjant z wydziału imigracyjnego. Po sprawdzeniu paszportu, odbyło się delikatne przesłuchanie przy filiżance kawy. Pan mundurowy nie mógł wyjść z podziwu, że białopośladkowiec z kraju zachodniego deklaruje się jako komunista i otwarcie przyrównuje ustrojstwo demokratyczne do samochodu z dwoma czy więcej kierownicami.

Tak się zagadaliśmy, że nie zauważyłem, że słońce już zaszło. "Fajnie", pomyślałem. "Przez cały dzień zrobiłem 40 kilometrów". Z drugiej strony, groteskowy wieczór, dopiero się rozpoczynał, więc z ciekawością, czekałem na rozwój wydarzeń. Do pokoju wchodziło coraz więcej osób. Po chwili, z zaplecza wyszły kasjerki z talerzami, miskami z jedzeniem i sztućcami. Rozłożyły wszystko na macie na podłodzę i kiedy dołączył do nas starszy funkcjonariusz, mówiący idealnie po angielsku, przystąpiliśmy do konsumpcji ostrej, ale za to bogatej w kilka rodzajów mięsa, warzyw i sosów kolacji. Pan policjant wytłumaczył mi, że jeśli trochę poczekam, pojadę do Dong Hoi razem z Panem Trangiem, który, podobnie jak poznana przeze mnie dzień wcześniej Jenny był w trakcie rodzinnej pielgrzymki - w drodzę do Ho Chi Minh. Trudno było mi wierzyć w zapewnienia, zważywszy, że wszyscy panowie pili coś co nazwali winem, a co w rzeczywistości było mętną perłową cieczą o bardzo odpychającym, spirytusowym zapachu.
  

Podczas przystanku w Ha Tinh, zjedliśmy z Panem Trangiem i jego znajomymi obfitą kolację.


Po kolacji, nieco kołyszący się inspektor zaprosił mnie do samochodu. "Jedziemy do mojego biura". Nie mając nic do ukrycia, ani nic innego w planach na wieczór, nie oponowałem. Gustownie urządzony gabinet Pana Quanga z łóżkiem na wypadek nocnych dyżurów przypominał trochę kapliczkę. Wiedziałem, że w Wietnamie panuje kult pierwszego prezydenta zjednoczonego kraju, Ho Chi Minha, ale tylu Ho Chi Minów na tak małej powierzchni jeszcze w życiu nie widziałem. Jeden był na biurku, drugi na szafie, trzeci w biblioteczce, czwarty na niej. Nie wiem, ile Prezydentów było w szafie i w szufladach. Porozmawialiśmy przez chwilę na temat zasług dygnitarza, jego miasta rodzinnego, jego drogi do sukcesu, itp. W biurze pana Quanga, patrząc na flaszkę z białą cieczą stojącą pod stołem przeszła mi przez głowę dziwna myśl, że Wietnam, z firmami krzakami, zupełnie niezrozumiałym ustrojem przypominającym kapitalizm, jednak z obrazem Marksa i Lenina w tle, konspirowaną prostytucją i narkotykami przypomina trochę Polskę znaną z filmów Stanisława Barei.


Biuro Pana inspektora było jednocześnie miejscem kultu pierwszego lidera zjednoczonego Wietnamu.


Nieco po godzinie 23, pan Quang, poczuł się zmęczony. Poszliśmy do jego służbowego auta i zostałem odwieziony spowrotem do zamkniętego już salonu odnowy biologicznej, vel. przedsiębiorstwa wielobranżowego. Po kilku minutach stania na krawężniku, z piskiem opon zatrzymała się jedna z wypolerowanych Camry, za której kierownicą siedział jeden z biesiadników z wielkim złotym łańcuchem na szyji. "Chcesz jechać do Dong Hoi?" - zapytał sprawiającym wrażenie w miarę trzeźwego głosem. "No chcę" - odpowiedziałem zastanawiając się, czy z tyłu są jakieś poduszki powietrzne. "To wsiadaj". Pojechaliśmy na rogatki miasta. Kierowca dał Panu Trangowi plik banknotów, wsiadł spowrotem do samochodu i odjechał. Pan Trang wytłumaczył, że czekamy na autobus.

Po chwili zatrzymaliśmy jeden z busików. Niestety, po kilkunastu minutach jazdy mojemu towarzyszowi podróży coś się nie spodobało. "Stop!", "Stop!", krzyczał coraz głośniej. Kierowca zatrzymał się i otworzył drzwi. Próbowałem uspokoić Pana Tranga by nie wysiadał po środku niczego. Nie udało mi się nic zdziałać. Zostaliśmy wypchnięci z busika i znaleźliśmy się w po środku egipskich ciemności w trzydomkowej wioscę. Wietnamczycy mają skłonność do wyłączania kraju na noc. W miastach, tylko w ścisłych centrach ulice są oświetlone. Poza nimi, życie toczy się od piania kogutów do sowiego koncertu. Chwilę później, dołączył do nas ubrany w pidżamę właściciel jednego z domków. Przez chwilę zastanawiałem się jakie miałbym szanse ucieczki i ewentualnego konfliktu. "Pomyślmy - środek nocy. Kompletnie pijany facet w średnim wieku, facet w pidżamie i trzeźwy chłopak z 10-kilowym plecakiem i torbą - kto ma większe sza..... nie no, przecież to jest groteska" - doszedłem do wniosku, że groził mi jedynie niekontrolowany wybuch śmiechu. Pan Trang co chwila do kogoś dzwonił z jednego z trzech telefonów, które miał przy sobie. Pan w pidżamie zaprosił nas do swojego nowowybudowanego i pachnącego świeżością domku na herbatę. Po kilku filiżankach czaju, zobaczyliśmy niebieskie światła. Wyszliśmy przywitać się z młodym funkcjonariuszem, który zaprosił nas do policyjnego pickupa, następnie ruszył przed siebie by po kilkudziesięciu kilometrach przekazać nas kolejnemu patrolowi. Kierowca kolejnego radiowozu zatrzymał się na następnym punkcie kontrolnym - również w jakimś ciemnym miejscu. Kiedy tylko przejeżdżał dalekobieżny autobus do Ho Chi Minh City, policjant dał znak kierowcy by wziął dwóch pasażerów na gapę. Mnie jednak nie w smak było jechać aż do Saigonu. Zależało mi na zobaczeniu ostatniego miasta zwycięskiej w Wojnie Wietnamskiej północy.
  

Zależało mi by zobaczyć najdalej wysunięte na południe, ostatnie miasto zwycięskiej północy - Dong Hoi.



W Dong Hoi byłem o trzeciej rano. Miasto, choć bez żywej duszy na ulicach, wydało mi się bardzo zadbane. Znalazłem tani hotelik, w którym za 3 noce wynegocjowałem łączną cenę 12 dolarów. Moim fortelem negocjacyjnym był brak znajomości wietnamskiego i fakt, że jedna noc miała się już ku końcowi.


Dong Hoi, mimo, że powoli przekształcane jest w miejscowość wypoczynkową, nie zdążyło jeszcze stracić swojego naturalnego uroku, który najłatwiej dostrzec w okolicach targu. Reszta miasta, podczas dnia, śpi. 
  
Następnego dnia, zwiedzałem spokojne, poprzecinane romantycznymi kanałami Dong Hoi i jego najbliższe okolice. Mimo, że znajduje się ono w okolicy pięknych i zadbanych plaż, których brzegi zdobią drzewa kokosowe, pól ryżowych, podziemnego miasta pamiętającego  konflikt z lat 70-tych poprzedniego stulecia i kompleksu jaskiń, turyści, znają je jedynie zza okien autokaru z Hanoi do Ho Chi Minh. Może dzięki temu, mimo, że Dong Hoi jest średniej wielkości miastem, ma ono swój urok. Oczywiście, podobnie jak w Hai Phong, nie brakuje miejsc, które nie są tym co reklamują, ale na ulicy nie ma nikogo kto widząc białe lico, molestowałby przybysza z dalekich stron.



Wietnam - Hai Phong i Ha Long

Wietnam - Hai Phong i Ha Long


W Hai Phong, prawie cały tydzień spędziłem w towarzystwie Phuong i jej rodziny. Miałem dużo szczęścia bo akurat trafiłem na końcówkę obchodów Chińskiego Nowego Roku, więc jedzenia w lodówce nie brakowało. Phuong, powoli wprowadzała mnie w realia Wietnamu i próbowała wpoić mi język nawet wtedy kiedy na to specjalnie nie miałem ochoty. Jak jednak stwierdziła, bardzo szybko zapamiętuję nowe słowa. Według mnie to raczej zasługa wietnamskiej kawy. Amerykanie podczas wojny w tej części świata, podobno, dodawali żołnierzom do kawy amfetaminy. Biorąc pod uwagę, że udało mi się zapamiętać zwroty, które nie wiem czy będę kiedykolwiek potrzebował, niewykluczone, że coś z tego zostało również wietnamskim restauratorom.




W sobotę, Phuong, zapytała czy umiem gotować. "Robię najlepszą na świecie Carbonarę" - powiedziałem otwarcie, nie starając się zasłaniać prawdy udawaną skromnością. Odkładając na bok bałagan, który zawsze zostawiam po sobie w kuchni, faktycznie, Carbonara, wychodzi mi genialnie.
Ustaliliśmy, że zrobimy zakupy w supermarkecie i wieczorem będę mógł pobawić się kuchenką i garami. Tutaj, przyszło zdziwienie i rozczarowanie. Składniki jednego z najtańszych dań, którym za niecałe 10 złotych można wyżywić w Europie rodzinę, w Wietnamie, kosztowały mnie blisko 10 dolarów. Opuściłem przy tym takie "niepotrzebne" dodatki jak kosztujący bardziej słono niż smakujący parmezan czy oregano, którego za nic nie mogłem znaleźć. Gdy przyszedł czas degustacji, nie mogłem ukryć samozachwytu - albo podziwu dla wietnamskiej kawy. Choć Carbonarze brakowało esencji, makaron udało się rozgotować do idealnej konsystencji, a bekon i zwykły czarny pieprz dały wystarczającą ilość aromatu by przez kilkanaście minut, Europa i Azja zlała się w jedną, malutką całość.
 
MIASTO O WIELU OBLICZACH



Hai Phong jest do bólu romantyczne.

Liczące sobie blisko dwa miliony mieszkańców Hai Phong jest jednym z najważniejszych portów w Wietnamie. Samo w sobie, miasto jest do bólu romantyczne. Nie jest to jednak romantyzm sielankowy. To południowoazjatyckie miasto z francuskimi, kolonialnymi naleciałościami, niską zabudową, tysiącami rowerów i skuterów na ulicach, oraz wieczną szarówką i mżawką w zimie, pozornie pasywnie, namawia przyjezdnych zostających dłużej do romantycznego podcięcia sobie żył w jednej z ciasnych, bocznych uliczek.

Brak jakichkolwiek wysokich budynków, nie tylko sprawia wrażenie że wszystkie ulice wyglądają tak samo i łatwo jest stracić orientację, ale jeszcze dodaje miastu charakter rozlazłości. Zaletą jest jednak to, że nie przyjeżdża tutaj wielu turystów, więc nie ma się co obawiać o to, że robiąc zakupy na targu czy stołując się na ulicy, widząc białe lico, ktoś rzuci nam wymyśloną na poczekaniu cenę.



Dzięki temu, że większość turystów za bazę wypadową obiera stolicę, Ha Noi, w Hai Phong nie trzeba się obawiać, że kupując ryż przyjdzie nam za niego zapłacić kilka dolarów i portfel czy aparat.

W Hai Phong, uświadomiłem sobie również, że przez kilka ostatnich miesięcy mieszkałem w Disneylandzie. W Wietnamie, naszych oczu nie będą cieszyć mozaiki z równiutko ułożonej kostki brukowej, stale zamiatane ulice, czy drzewka i kwiaty sadzone na głównych bulwarach jakby od linijki. Jest za to naturalnie - jak w całkowicie normalnym kraju. W chodnikach, w miejscach, gdzie się one znajdują, brakuje większości płyt, drzewa rosną gdzie popadną, elewacje budynków zdobi odpadający tynk, a wszystko jest jakby zakurzone. Za to ludzie są zrelaksowani i, jak na Azjatów przystało, pokojowo nastawieni.


Mój wstępny szok kulturowy polegał na uświadomieniu sobie, że opuściłem Disneyland i wjechałem do, jak najbardziej, normalnego kraju bez cienia sterylności. W Wietnamie większość ulic, chodników i budynków, przypomina nasze.

MIASTO GANGSTERÓW

Hai Phong ma również reputację miasta gangsterów. Nie jest to jednak jakaś bardzo namolna i przeszkadzająca w życiu codziennym działalność przestępcza. Nikt tutaj do nikogo nie będzie strzelał, nikt nikomu nie wbije w plecy noża, nikt nikogo nie napadnie. Jak na międzynarodowy port morski przystało, brudne pieniądze robi się tutaj na przemycie i handlu narkotykami, uszczuplaniu zawartości kontenerów, zbiórce haraczy, prostytucji, hazardzie, itp. Ci, którzy nie szukają na siłę guza, mogą się czuć bezpiecznie.


Mimo, że Hai Phong ma reputację miasta gangsterów, ci którzy nie szukają na siłę guza, mogą czuć się bezpiecznie.
  
Również tę twarz miasta udało mi się odkryć zupełnie przez przypadek. Pewnego dnia, późnym popołudniem, zachciało mi się kawy. Z braku jakiegokolwiek lokalu po drodzę, wszedłem do niezbyt przyjemnie wyglądającego baru z wielkim afiszem Cafe ustawionym przy jednej z głównych dróg na obrzeżach miasta. Zająłem miejsce przy stoliku i kiedy podeszła do mnie pani "sprzedawczyni", poprosiłem o filiżankę czarnej niesłodzonej bez mleka.

- Nie ma kawy - odpowiedziała kobiecina
- To poproszę ten soczek - pokazałem palcem na nieco dziwnie wyglądającą wystawkę
- Nie na sprzedaż
- To herbatę poproszę
- Nie ma

Wstałem i kiedy szykowałem się już do wyjścia, pani złapała mnie za kurtkę, wyszczerzyła w uśmiechu pokryte brązowym osadem zęby i poprowadziła na zapleczę jednopiętrowego domku, który z zewnątrz wydawał się dużo mniejszy niż w środku. Minęliśmy trzy małe pokoiki. W czwartym, na łóżku siedziały trzy młode Wietnamki. Gospodyni zapytała, którą wybieram. Okazało się, że kawiarnia nie była kawiarnią tylko malutkim, przytulnym burdelikiem. 
 
W lokalu zaraz obok spotkała mnie bardzo podobna sytuacja. Tutaj, jednak, od irracjonalnego toku myślenia, że jeśli szyld głosi Cafe, w środku można napić się kawy, odwiodły mnie cztery młode "kelnerki", które zamiast przyjąć zamówienie dosiadły się do mojego stolika i ostentacyjnie wyśmiały moją prośbę o filiżankę zwykłej kawy. Z braku laku zapytałem o cenę kawy-niekawy - 100.000 dongów (5 dolarów). Próbując się jakoś wymigać od dalszych ustaleń, powiedziałem, że wrócę później. Niestety mi się nie udało bo zapomniałem spisać adres. Za to, nieco po zachodzie słońca, udało mi się znaleźć lokal Karaoke, w którym, jak można się spodziewać nie było Karaoke, ale była kawa.


W Wietnamie trzeba przyjąć nieco inny niż logiczny tok myślenia. Fryzjer niekoniecznie musi być fryzjerem, bar karaoke barem karaoke a kawiarnia kawiarnią.

SCHODZĄCY SMOK - JEDEN Z SIEDMIU CUDÓW NATURY


Zatoka Ha Long to wielki kompleks wapiennych skał zanurzonych w morzu.



Od naturalności, zwyczajności i jedynie lekko skonspirowanej brutalności Hai Phong, uciekłem na chwilę robiąc sobie małą, jednodniową, wycieczkę. O ile miasto może rodzić mieszane uczucia, lub brak jakichkolwiek uczuć, o tyle jego okolice, choć nieco zepsute przez liczne zakłady przemysłu ciężkiego, oferują widoki żywcem wyjęte z pocztówki. 40 kilometrów od Hai Phong, znajduje się zatoka Ha Long - jeden z 7 naturalnych Cudów Świata. Przyjezdni zobaczą tutaj wielki kompleks skał wapiennych zanurzonych w morzu. Na powierzchni obejmującej ponad 1.5 tysiąca kilometrów kwadratowych, znajduje się prawie 2.000 ostrych, niezamieszkałych wysepek.



W obrębie zatoki Ha Long, znajduje się blisko 2.000 niezamieszkałych ostrych wysepek. Chcąc zobaczyć je z bliska, można skusić się na 4-godzinny rejs kosztujący 15 usd. 


Miasteczko Ha Long, niestety, zostało niedawno przekształcone w kolejny Sopot. To jeden, wielki, kurort wypoczynkowy przepełniony zachodnimi turystami i ulicznymi sprzedawcami oferującymi wszystko czego dusza zapragnie po ostro wyśrubowanych cenach. Za zwykłego, zielonego kokosa, przyszło mi zapłacić dolara, choć sprzedawca chciał początkowo dwa. Oprócz kokosów z palm rosnących przy głównej trasie, można tutaj kupić wycieczkę po zatocę (15 usd za 4 godziny rejsu), pamiątki z całego Świata, odpocząć na jednej z kilku plaż, oraz nacieszyć podniebienie specjałami kuchni wschodniej i zachodniej, wcinając Gorzką Krakowską na deser.

Ha Long jest idealnym miejscem na jeden dzień, ale nie polecam zatrzymania się tutaj na dłużej. Chyba, że ktoś jest zapalonym geologiem z udokumentowaną fiksacją na punkcie skał.


Skały można podziwiać również z jednej z kilku plaż. 

Chiny/Wietnam - No to fru :-)

Chiny/Wietnam - No to fru :-)


Zaraz po przywitaniu Nowego Roku, zacząłem nowy etap - Azja Południowo-Wschodnia.

- Nigdy w życiu nie czułem się aż tak bogaty. I to pracując po kilka godzin - powiedział mi Goeff - Amerykanin, którego poznałem w miejscowości Mong Cai, oddzielonej tylko rzeką oddzielona jest od chińskiego krańca prowincji Guangxi.

Faktycznie, w Chinach, przy obecnym stosunku zarobków do cen, czułem się jak bogacz. Pracując dużo mniej niż w Polsce, stać mnie było na wiele więcej. W tej chwili, Chiny są wręcz idealnym miejscem by ułożyć sobie spokojne, bezpieczne życie na poziomie. Przyszedł jednak czas opuszczenia ciepłego gniazdka i pożegnania się z sielanką. Muszę przyznać, że szykując się do dalszej drogi, czułem się jakby proste do tej pory zadanie mnie lekko przerastało. Zupełnie, jakbym był małym dzieckiem, pierwszy raz wychodzącym po bułkę do sklepu znajdującego się aż..... za rogiem. Przez kilka miesięcy, nie musiałem robić nic samemu. Wystarczyło, że przypadkowo wspomniałem, ze coś potrzebuję i już to miałem. Jeszcze trochę czasu w Państwie Środka, a groziłoby mi zwapnienie.
 
Kilka zimnych dni przed wyjazdem, zamiast robić listę rzeczy, które bym potrzebował, spędziłem w SPA razem z Panem Whyettem, jego żoną i ich wspólną znajomą, która przyjechała do nich w odwiedziny w najgorszym do podróżowania po Chinach okresie. Miejsce było jak żywcem wyjęte z bajki i nieco trudne do ogarnięcia. Wielkie, eleganckie, misternie wykończone, nowowybudowane SPA na obrzeżach Yangchun oferowało gościom wszystko czego dusza zapragnie przez 24 godziny na dobę. Pakiet podstawowy obejmował dostęp do basenów, hydromasażu, suchej sauny, pokoju parowego, bufetu czynnego całą dobę, sali kinowej, pokoju internetowego, siłowni, oraz publicznych sal z wielkimi łożami ustawionymi obok siebie, w których można było, albo obejrzeć telewizję, albo, po prostu się zdrzemnąć. Do tego, przy cenie 58 juanów (ok. 10 dolarów) za dobę, dochodziła, donosząca cały czas czyste ręczniki i herbatę obsługa. Dla porównania, najtańszy hotel, który udało mi się w tym miasteczku znaleźć to wydatek 35 juanów. Wychodziło na to, że za 10 dolarów można było przez cały dzień, nie tylko się zakwaterować, ale jeszcze wyleczyć przeziębienia, wyżywić się i zrelaksować.
 
Z przygotowań na drogę, jak na prawdziwego hipohondryka przystało, uzupełniłem sobie jedynie apteczkę. Przez wypaloną w kostcę dziurę w lipcu i dwa przeziębienia po drodzę, skończyła mi się większość leków pierwszej potrzeby. Nie wiedząc jak wygląda zaopatrzenie aptek po drugiej stronie granicy, wolałem sobie zrobić zapas w miejscu, w którym znałem mniej więcej rynek. W dniu wyjazdu, o dziwo, udało mi się obudzić przed 9. Zjadłem szybkie śniadanie i dopakowałem plecak. Rano, przyjechała do mnie Laura z dwiema uczennicami. Przywiozła mi drugie śniadanie, upewniła się czy na pewno wszystko spakowałem i czy na pewno rzeczy, które zostawiam nie będą mi potrzebne. W istocie, zastanawiałem się przez chwilę czy nie zabrać 6-filiżankowego, 12-elementowego, porcelanowego serwisu do herbaty, ale i z tym dałem sobie spokój. Przed przekroczeniem progu domu, Laura, przypomniała mi o niebezpieczeństwach czających się za rogiem, pouczyła by uważać na wszystko, by ciepło się ubierać oraz..... by nie jeść więcej niż 10 pomarańczy w ciągu dnia bo można uszkodzić żołądek.
 
Laura odwiozła mnie na właściwą drogę, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie i poszedłem sobie w moją stronę. Po niecałych 5 minutach, zatrzymało się pierwsze auto. Kierowca wywiózł mnie do wjazdu na autostradę. Później, również poszło gładko. Zatrzymał się Pan Cheng, który przed wpuszczeniem mnie do samochodu, sprawdził mi paszport. Co prawda, zdarzyło mi się to po praz pierwszy, ale wszystko odbyło się w bardzo miłej atmosferze. Oddając mi książeczkę, Pan Cheng, wykrzyknął.
 
- Polska! Poznań? Wrocław? Warszawa?
- Warszawa, odpowiedziałem, uśmiechając się. Skąd Pan wie?
- Byłem niedawno w Poznaniu na konferencji naukowej. 
 
Pan Cheng pracował na uniwersytecie w ZhanJiang i tam też jechał. W ekspresowym więc tempie, rozmawiając, trochę po chińsku, trochę po angielsku, pokonaliśmy razem kolejne 150 kilometrów. Wykładowca, okazał się być tak miły, że przejechał swój zjazd i odstawił mnie za węzeł autostradowy tak, bym dalej łapał stopa we właściwym kierunku.
 

Do wyboru miałem dwie trasy - pierwsza północna; łatwa bo cały czas wzdłuż autostrady. Druga, trudna, głównie przez to, że musiałem zjechać z autostrady i miejscowości po drodze były na mojej mapie powycierane, ale za to cieplejsza i z mniejszym przejściem.

W poniedziałek, planowałem jedynie przejechać granicę prowincji Guangdong. Miałem jednak bardzo dużo szczęścia do kierowców i, jeszcze przed zachodem słońca, okazało się, że przejechałem pół Kantonu i całe Guangxi. Mało tego - okazało się, że mój chiński, wcale nie jest taki zły. Bez problemu potrafiłem zagadać o głupotkach, podłapać od kierowców nieznających angielskiego nowe słowa, wytłumaczyć co to jest autostop i gdzie chciałbym wysiąść, jak i wypowiedzieć moje nieśmiertelne zdanie "Dzisiaj nie pada", które jak mi powiedziano, nauczyłem się wymawiać do perfekcji tak, że nie było w nim cienia obcego akcentu.


30 kilometrów od przejścia Dong Xing-Mong Cai, znajduje się duży port handlowy. Pomimo małych rozmiarów miasteczka Fang Cheng Chang, atmosfera jest bardzo międzynarodowa.
 Pod wieczór, znalazłem się w dziwnej miejscowości Fang Cheng Chang. Na mapie, jest ona malutką kropeczką. W istocie, przejście jej na piechotę wymaga nieco czasu. Fang Cheng Chang, to kilka rozrzuconych w promieniu kilkunastu kilometrów malutkich i kameralnych dzielnic. Wiele z tych dzielnic, było dopiero budowane. Oprócz tego jest to bardzo ważny, międzynarodowy port. Przez to, że wyrobiłem plan w czasie dwa razy krótszym niż przewidywałem czekały mnie dwa dni wizowej kwarantanny (moja wiza wietnamska zaczynała się 1 lutego, a był dopiero 30 stycznia). Musiałem więc znaleźć tanie miejsce na nocleg. Wszyscy ludzie pytani po drodzę, pokazywali...... sklep. Wszedłem do środka, w którym na bujanym foteliku siedziała Sophie. Na początku, nieco mnie przeraził jej sposób mówienia i wygląd podchodzący nieco pod haitański. Brakowało jedynie laleczek voodoo i tajemniczych naparów. Znów przekonałem się, że mam świetną wyobraźnię. Po kilkudziesięciu minutach rozmowy (Sophie to typowa chińska kobieta w średnim wieku - jak się ją włączy to ciężko wyłączyć), zatrzymała dla mnie rikszę i poprosiła kierowcę o pokazanie mi kilku tanich hotelików. Na pytanie, ile będę musiał mu zapłacić, kierowca powiedział: 

- 30
- Ileeeeeee????!??? Nie potrafiłem ukryć zdziwienia - 30 to cena, którą chciałem przeznaczyć na nocleg.
- 25
- Nie ma mowy
- 20?
- Słuchaj, dam Ci dychę - to i tak jest wygórowana cena. Pogodziłem się z koniecznością przepłacenia - w końcu znajdowałem się w bardzo międzynarodowym miejscu, gdzie wszyscy zdają sobie doskonale sprawę, że bladopośladkowców można kroić jak się chce.
- OK

Pojeździliśmy po kilku hotelikach. Większość była zamkniętych. W końcu, riksiarz zawiózł mnie do świeżo otwartego dwugwiazdkowca. Wszedłem do środka - ceny na tablicy z kosmosu, ale pani w recepcji rzuciła 50. Po kilku minutach, udało mi się utargować cenę za bardzo dobrej klasy pokój do 30 juanów. Również ten hotel był dopiero wykańczany więc wada była taka, że do późnego wieczoru, po schodach latały ekipy remontowe, chwaląc się kto ma głośniejszą wiertarkę. Na szczęście, mój pokój, poza niedomykającym się oknem był gotowy. Miałem nawet jednego współlokatora, ale kiedy poczęstowałem go herbatą, jego pancerzyk nie wytrzymał ciężaru kubka.
  

Gdyby nie to, że jest środek zimy, popływałbym sobie w morzu.

ang Cheng Chang, różnił się zdecydowanie od reszty Chin. Było bardzo cicho, wszędzie dookoła znajdowały się sklepy oferujące towary z całego świata, a po ulicach szwędali się marynarze. Udało mi się poznać również Polaka pływającego pod filipińską banderą. Miło było, sącząc Carlsberga, porozmawiać przez chwilę we własnym języku.

Po dwóch dniach, moja wiza uzyskała już ważność. Wyszedłem na drogę i zatrzymałem stopa do przygranicznego Dong Xing. Po ostatnim posiłku po stronie chińskiej, udałem się na most, na który oddziela Chiny od Wietnamu. Wybór mniejszego przejścia okazał się idealny. Kolejka była bardzo krótka i wszystkie formalności, łącznie z przeszukaniem plecaka odbyły się w ekspresowym tempie. Przyjezdnych witają nawet takie fajne, interesujące i kolorowe ulotki poświęcone malarii, HIV, niebezpiecznym zwierzętom, itd. Jedyne, co mi się nie podobało to konieczność kupienia biletu za wejście na most, który kosztował 10 juanów. Cena do zniesienia poza jednym małym szczegółem - dla Wietnamczyków, cena była dwa razy niższa. Za to mój bilet, był jednocześnie pocztówką.


Po drugiej stronie mostu, czułem się trochę jakbym wyjechał na wycieczkę do czeskiego Cieszyna - w sumie to wszystko wyglądało tak samo, tylko ludzie inaczej mówili.

Bliźniacze Mong Cai, nie różni się niczym od chińskiego Dong Xing. Po krótkiej rozmowie z Goeffem z US i A, wymianie kilku juanów na Dongi, po kursie, który tylko pazerna bestia by targowała, doszedłem do głównej drogi i, od razu, zatrzymałem ciężarówkę. Uśmiechnięty kierowca, obiecał mnie zabrać do miejscowości Cam Pha. Starałem się z nim jakoś zagadać. Jak na Wietnamczyka przystało, nie mówił po chińsku ani po angielsku. "Przecież Wietnam to była kolonia Francuska", pomyślałem.

- Parlez-vous francais?
- Eeeeee?
 
I stało się jasne, że od tego dnia będę uczył się wietnamskiego. Od chińskiego wydaje się być on o tyle łatwiejszy, że do zapisu wyrazów, stosuje się tutaj alfabet łaciński.
Znów jechałem z planem A i B - łatwiejszym - do stolicy kraju, gdzie prowadzą wszystkie drogi i nieco trudniejszym - wzdłuż wybrzeża. Jadąc jednopasmową, główną trasą północ-południe, przecinającą niewielkie wioski i olbrzymie, gęste, wiecznie zielone lasy, przeszła mi przez głowę dziwna myśl. Już wiem, dlaczego Chiny chcą kontrolować populację - gdyby liczba ludności stale rosła, biorąc ich styl budowy infrastruktury i miast, musięliby zalać wszystko betonem. W Wietnamie, wszystko wydaje się być bardziej naturalne.



W Wietnamie jest bardziej zielono i naturalnie niż w Chinach.

Wieczorem dojechałem do Hai Phong i, po kupnie i rejestracji karty sim, skontaktowałem się z Phuong - wietnamką, która zgodziła się być moim pierwszym przewodnikiem po obyczajach i kulturze pierwszego kraju cypelka, znajdującego się na mojej trasie. 1 lutego, zakończyłem etap Polska Chiny i rozpocząłem nowy - Azja Południowo-Wschodnia.


Nareszcie - kawa, kawa, mocna kawa; nieimportowana, z lokalnych plantacji. 
  

Jedna z bocznych uliczek Hai Phong.

poniedziałek, 5 lutego 2018

Szczęśliwego Nowego Roku (Chińskiego)

Szczęśliwego Nowego Roku (Chińskiego)


Shindian Quaila!

Błysk Fajerwerków, hałas petard, smak i zapach mandarynek, wałęsające się w poszukiwaniu szczęścia tłumy na ulicach, czerwone lampiony zawieszone na każdym miejskim drzewie, tańczące w rytm bębnów smoki i lwy, czerwień, zieleń, złoto, nieprzespane noce i podkrążone oczy, oraz wszechobecne "Shindian Quaila!" (新年快乐) radośie wykrzykiwane przez wszystkich napotkanych znajomych i przyjaciół to nieodłączne elementy obchodów Chińskiego Nowego Roku. 


W Chinach, im bardziej czerwono, tym bliżej jest Nowy Rok. 

Jak dla mnie, Festiwal Wiosny, był kolejnym Bożym Narodzeniem odkąd wyjechałem z Polski. Podobnie jak podczas Święta Eid, które obchodziłem w Pakistanie w sierpniu, Świąt Bożego Narodzenia, spędzonych w Yangchun w grudniu, również podczas styczniowych celebracji Chińskiego Nowego Roku, oprócz oczywistego aspektu rozrywkowego, najistotniejszą rolę odgrywa zaniedbana przez resztę roku, na korzyść pracy i pieniędzy, rodzina. 

Festiwal Wiosny może trwać ile dusza zapragnie. Punktem kulminacyjnym, ale nie finalnym, jest pierwszy dzień pierwszego miesiąca, według używanego tradycyjnie w Chinach kalendarza słoneczno-księżycowego (w 2012 roku, Rok Smoka zaczął się 23 stycznia). Już miesiąc wcześniej główne ulice, skwery i parki, zaczynają zdobić świecące, czerwone lampiony, kwiaty i misternie przycięte drzewka mandarynkowe. Do wigilii Nowego Roku, odbywają się również masowe wyprzedaże. Popyt jest bardzo duży, więc przedsiębiorców stać na cięcie cen nawet o 80%. Gdy już wszystko, zostanie sprzedane, tylko nieliczne miejsca pozostaną otwarte, a ceny pójdą w górę nawet kilkakrotnie.


Około miesiąca przed Nowym Rokiem, zaczyna się prawdziwy wyprzedażowy szał. Opłaca się kupować - w sklepach otwartych podczas wakacji, ceny nagle wzrosną o kilkaset procent. 

Nie trzeba też wcale dobrego słuchu by w tym czasie usłyszeć fajerwerki i petardy i odczuć związane z niedoborem kadr problemy w urzędach czy na stacjach autobusowych, kolejowych i lotniskach. Chiński Nowy Rok to obowiązkowe wakacje dla uczniów, urlopy dla starszych i migracja do rodzinnych domów.
 
W połowie stycznia, przyjechał właściciel budynku, w którym przez mój czas spędzony w Yangchun mieszkałem. Wraz z nim, oprócz najbliższej rodziny, przyjechało kilkadziesiąt kilogramów mandarynek i cukierków, oraz kilka żywych kaczek i kurczaków. Ponieważ drób dopiero czekał na swoje pięć minut, mimo, że mieszkałem w samym centrum 1.3-milionowego miasta, pierwsze noce były przepełnione niosącym się na całą okolicę gdakaniem, pieniem, ćwierkaniem i...... miauczeniem

POTWÓR NIAN I DIULIANY
 
Rankiem, 22 stycznia, w wigilię Nowego Roku, wychodząc do sklepu po śniadanie, zobaczyłem przed wejściem właściciela budynku z drabiną. Moją łamaną chińszczyzną, zapytałem czy potrzebuje pomocy. Odpowiedź była oczywiście odmowna, ale zaciekawiło mnie rozłożone na stoliku obok płótno i słoiczek kleju. Udając, że nie usłyszałem, starałem się jak mogłem być przydatny podczas wieszania diulianów, czyli poetyckich sentencji, zapisanych ozdobnymi chińskimi znakami na czerwonych, bawełnianych, lub papierowych płatach. Diulian składa się z trzech części - dwóch tablic składających się z takiej samej liczby znaków, zapisanych od góry do dołu i przyklejonych symetrycznie po obu stronach drzwi i jednej, krótkiej sentencji umieszczonej zaraznad drzwiami. Znaczenie haseł zazwyczaj związane jest z pomyślnością na nadchodzący rok. Diulian, zawieszony jest przez cały rok, aż do kolejnej wigilii Nowego Roku.


Diulian, czyli poetycka sentencja zawieszona symetrycznie po obu stronach drzwi i nad nimi, mająca odstraszyć demona Niana i zapewnić pomyślność w nadchodzącym roku.

Pan Tsu, opowiedział mi legendę, według której, Nian (年) - olbrzymi, odrażający demon - przechodzi rankiem pierwszego dnia pierwszego miesiąca do Świata żywych by porywać i rozszarpywać na strzępy ludzi, bydło i siać spustoszenie na polach przerażonych rolników. Nian ma jeden słaby punkt - boi się koloru czerwonego. Dlatego, żeby zabezpieczyć się przed niechcianymi odwiedzinami bestii, w wigilię, przed wejściem wiesza się właśnie diuliany a ulice dekoruje się czerwonymi lampionami. Ci, którzy biorą do serca ten przesąd, zakładają nawet czerwoną bieliznę.
  
Po przyozdobieniu wejścia nowymi tablicami, Pan Tsu, postawił na stoliku talerz ze świeżo ubitą i oskubaną kurą i odpalił kadzidełko. Rytuał miał pomóc puścić w eter znaczenie zapisanych na płóciennych płatach haseł i zapewnić ochronę przed niechcianymi gośćmi zza światów.
 
Wigilijny wieczór, zwieńcza obfita, rodzinna kolacja, która, zgodnie z innym przesądem, w przypadku małżeństw, nie może odbywać się w domu rodziców kobiety.

LWY, PETARDY, FAJERWERKI I..... LATAJĄCE BOMBY


Lew

W dniu Nowego Roku, 23 stycznia, z trudem zwlekłem się z łóżka. Chciałem wstać o 8.00. Oczy otworzyłem o 11. Cóż - kiedy nie pracuję, ani nie mam niczego ważnego do załatwienia, nie mam motywacji do wstawania wcześnie rano. W końcu dni wolne, służą między innymi do podładowania bateryjek. 


Idąc do 24-godzinnego sklepu po śniadanie, próbowałem sobie w głowie poukładać z kim, o której i na co się tego dnia umówiłem. W drodze na drugą stronę ulicy, ledwo przecisnąłem się przez tłum. Pierwszego dnia, pierwszego miesiąca, ludzie masowo wychodzą rano z domów by, chodząc po ulicach swych bezpiecznych od złych demonów dzięki diulianom, lampionom i petardom miast, szukać szczęścia. 


Normalnie przy takiej temperaturze, nikt by nie wychylił nawet ucha z domu. Zwyczajowo, w pierwszy dzień Nowego Roku, tłumy wychodzą na ulice szukać szczęścia.

Trzymając w ręku paczkę ciasteczek, przypomniała mi się bardzo istotna rzecz - lew. Musiałem szybko dopić kawę i udać się na polowanie na lwa. W pierwszy dzień Nowego Roku, na ulice miast wychodzą lwy, nawiedzając domy i nieliczne otwarte firmy. Nie są to jednak zwykłe lwy. Są to najlepsi wychowankowie szkół Kung Fu. Lwy, które od smoków różnią się tym, że mają tylko cztery nogi (czyli składają się z dwóch osób), w rytm bębnów, tanecznym krokiem, skradają się do zielonych liści przywiązanych do owocu mandarynki lub pomarańczy i czerwonej koperty hung bao.  Kiedy zawiniątko pojawia się w ich paszczy, bardzo szybko rozplątują kopertę od reszty jego zawartości i wypluwają zieloną gałązkę i owoc układając je w kształt związanego ze szczęściem chińskiego znaku. Taniec lwa przyciąga szczęście i odstrasza złe duchy, a koperta hung bao, im trudniej jej lwu zdobyć, tym większą kwotę powinna zawierać. Mając szczęście, można trafić na prawdziwie mistrzowski pokaz lwiego tańca.

Udało mi się również spotkać z Panem Whyettem, jego żoną i kilkoma naszymi znajomymi. Wszyscy zapraszali nas na oficjalny pokaz fajerwerków. Nikt jednak nie wiedział dokładnie, o której i gdzie się on miał odbywać. W końcu, do drzwi ich mieszkania zapukał Pan Jiang, który sprawiał wrażenie, jakby wiedział co, gdzie i kiedy. Kiedy jechaliśmy na miejsce, wydawało mi się to mijać z celem. Podczas pokazu, żałowałem, że nie zabrałem ze sobą aparatu - dotarło do mnie, że jestem w kraju, w którym sztuczne ognie wynaleziono.
Trzeci i czwarty dzień Nowego Roku, spędziłem na wsi. To kolejne dni jedzenia i błogiego lenistwa w towarzystwie odgłosów bębnów i hałasu petard. W większych miastach, petardy są nielegalne. W praktyce, czy je słychać, zależy od tego, jak surowo, policja w danej dzielnicy egzekwuje prawo. Na wsiach jednak, niektóre chodniki i ulice są aż czerwone od petardowego papieru. Petardami bawią się głównie dzieci, co wydawało mi się nieco nierozsądne ze strony rodziców. Wszystkie myśli związane z potencjalnym niebezpieczeństwem petard, przeszły mi gdy zobaczyłem...... latające bomby i ich skutek. Moi znajomi, wymyślili, by puścić w eter lampiony życzeń. Lampion życzeń to taki miniaturowy, papierowy balon na gorące powietrze z drucianym szkielecikiem, po środku którego znajduje się kawałek grilowego brykietu. Brykiet się podpala, lampion rozwija i chroniąc przed wiatrem, czeka by gorące powietrze wypełniło go po brzegi, unosząc papier. Następnie, tą płonącą bombę, puszcza się w powietrze, myśląc życzenie, i od wiatru zależy gdzie wyląduje. Działa to na takiej zasadzie, że gorące powietrze idzie do góry. A, że papier jest lekki, wydziela się dostateczna ilość energii by unieść lampion razem ze szkielecikiem i brykietem. Strach jednak pomyśleć, gdy taka cieplna masa napotka tzw. "duszenie".  Nasza pierwsza bomba, odleciała, wydawać by się mogło, w kosmos. Druga, wylądowała na balkonie sąsiadów. To, co się stało, dotarło do nas dopiero, gdy na naszych oczach płonęły rozwieszone na wieszakach ubrania. Na szczęście, okazało się, że sąsiedzi nie tylko byli w domu, ale nie żywiąc żadnych niesnacek, po ugaszeniu mini-pożaru, nie tylko ugościli nas herbatą, ale i jeszcze, jako, że nikt z nas nie nosi na żadnym z palcy obrączki, wręczyli po małej kopertcę hung bao. Nie ma co żywić urazy, szczególnie w takim okresie. Po prostu, trzeba patrzeć nie tylko pod nogi, ale i uważać co nam może na głowę spaść. 


Hung Bao - to z mandarynkami i sałatą jednak jest dla lwa.

Pierwsze dni Nowego Roku były również najzimniejszymi dniami, podczas których porządnie mnie przewiało. "Życie bym oddał za jeden dzień na pustyni", pomyślałem. W tym momencie zadzwonił Pan Whyett:

- Hej, nie chcesz może iść z nami do sauny?

Propozycja, jak na zimę przystało, jak najbardziej nie do odrzucenia. 


Chiny (Yangchun)

Chiny (Yangchun) - naszpikowane symbolami wesele po chińsku.


ak może wyglądać ceremonia zaślubin pary ateistów? Wydawałoby się - urząd, herbatka i kantońskie bye-bye.  Choć, z  z wierzchu, nie jest tak wystawnie, tanecznie, długo i duchowo jak np. na Bliskim Wschodzie, dzięki naszpikowaniu symbolami odnoszącymi się do pradawnych tradycji oraz rytuałów religii orientu, Chińskie wesele to prawdziwe YinYang. Tutaj, każdy element, ma swoje znaczenie.

Pierwszą istotną rzeczą jest zgoda obydwu rodzin w kwestii ślubu. Obecnie, młodzi Chińczycy cieszą się wielką swobodą. Mogą, bowiem, sami wybierać kandydatów na przyszłych partnerów życiowych i, mniej lub bardziej otwarcie przed rodzicami, spotykać się z nimi kiedy chcą. Żeby jednak doszło do formalnego zawarcia związku, teściowie muszą być usatysfakcjonowani z zaradności kobiety jako gospodyni domowej, oraz dobrych zarobków mężczyzny, lub chociażby jego potencjału zarobkowego. Kiedy już zakochańcy, zdobywając przy okazji wszystkie bazy przebrną przez etap czysto materialny, zaczyna się etap mistyczny, w którym wszystkie wymiary materii i duchowości różnych maści zdają się być blisko siebie.

- Mój bratanek bierze jutro ślub. Chcesz się z nami zabrać? Zapytała mnie koleżanka, Sue, jak zwykle, prawie na ostatnią chwilę przed dzwonkiem
- Jasne, odparłem, mimo, że miałem już na następny dzień plany, a wolne miejsce w samochodzie było tylko jedno.

Wyznaczenie daty ślubu powierza się profesjonalnym astronomom, którzy, dzięki obserwacji konstelacji ciał niebieskich, biorąc pod uwagę inne istotne zmienne jak np. wibracje i podobieństwa brzmieniowe dat w kalendarzu słoneczno-księżycowym, za odpowiednim wynagrodzeniem, potrafią bezbłędnie doradzić dzień, który zapewni powodzenie w przyszłości. Oczywiście, jak to z kalendarzem i szczęściem bywa, na niektóre bardzo dobrze wibrujące daty trzebaby czekać kilkaset lat. Ci, którym do kobierca spieszno, dowiadują się o swoim własnym ślubie nawet kilka dni wcześniej.
 
Umówiliśmy się na 10.30 rano. Podczas zimowych ferii, ta godzina wydawała mi się środkiem nocy. Niby miałem już wolne od pracy, ale przez spotkania towarzyskie, na żywo, na QQ i przez telefon - czasem jednocześnie, moje dni były wypełnione po brzegi. Zamiast budzika, ze snu wyrwał mnie ulewny deszcz, którego odgłos nie przypominał stukania o parapet, ale jednolite "szszszszszszszszuranie". Po godzinie jazdy, byliśmy już we wsi Badja. Kiedy dojęchaliśmy na miejsce, miałem nieodparte wrażenie, że się spóźniliśmy. Wszyscy biesiadowali przy okrągłych stołach rozstawionych pod drelichowymi wiatami. Okrąg, dzięki nieskończoności kształtu i braku ostrych brzegów jest symbolem powodzenia i stateczności.


Kiedy dojechaliśmy na miejsce, miałem nieodparte wrażenie, że się spóźniliśmy.

- Chcesz porobić zdjęcia czy chcesz coś zjeść?
- Hmmmm, a gdzie, tak w ogóle jest para młoda?
- Pewnie jeszcze u panny młodej. Chodź, najpierw idziemy się odhaczyć.


Wyciągnąłem z torby aparat i, podążając grzecznie za moją przewodniczką, cyknąłem ukradkiem kilka ujęć niejejującej grupie biesiadowników. Weszliśmy do zadymionego pokoju, w którym starszy jegomość - ojciec pana młodego - misternie zapisywał w dużym zeszycie imiona gości, oraz kwoty znajdujące się w "hung bao" - czerwonych kopertach okraszących związanymi z powodzeniem znakami, zawierających "szczęśliwe pieniądze".  Podobnie jak na zachodzie, zaproszenie na ślub to nie tylko przyjemność, ale i wydatek. Co prawda, wszyscy byli zdziwieni, gdy również wyciągnąłem kopertę - jednak o zwyczaje podpytałem odpowiednio wcześniej, by nie strzelić faux-pas. A, że pieniędzy miałem ostatnio za dużo, mogłem pozwolić sobie na postąpienie jak obyczaj nakazuje - i to "prawie" anonimowo. Ponieważ imiona gości zapisywane były chińskimi znakami, a transkrypcja mojego imienia oznacza "mikrofon", musiałem wymyślić na poczekaniu coś innego niż Ning Mang. Ze względu na niedawną wizytę w Hong Kongu i zbliżający się Rok Smoka, jedyne sensowne trzyczłonowe imiona, które akurat przychodziły mi do głowy miały jakiś związek ze smokami i tygrysami. W końcu, zamiast mieszać, poprosiłem o wpisanie mnie jako Lee Xiao Long (chińskie imię Bruce'a Lee).



Zanim przyjdzie czas na zabawę, trzeba się odhaczyć na liście gości, wręczając przy tym hung bao - szczęśliwe pieniądze.

Po rejestracji, zostałem przedstawiony rodzinie. Kiedy zachciało mi się palić, jeszcze zanim zdążyłem wyciągnąć papierosa, wręczona mi została cała paczka. Żeby życie młodej pary było w przyszłości dostatnie, żadnemu z gości, niczego nie może tego dnia brakować. Na szczęście dla mnie, w Chinach, papierosy postrzega się jako towar pierwszej potrzeby - są one pierwszą rzeczą, którą wręcza się palącym gościom. Oczywiście, podobnie jak cukierki podczas tak ważnej okazji nie może to być żadna inna marka jak czerwone Shuangxi (Double Happiness - Podwójne szczęście).


Wszystko musi mieć związek ze szczęściem i powodzeniem. Najbardziej popularna marka papierosów, cukierków i kopert hung bao podczas kantońskich ślubów to Shuangxi (Double Happiness). 

W końcu, po kilku filiżankach herbaty w towarzystwie nowopoznanych osób, pojawił się korowód samochodów z czerwonym autem pary młodej na czele. Za nimi jechali tragarze wiozący dary. Pan młody otworzył pannie młodej drzwi i pomógł otworzyć czerwony parasol. Istotne jest, żeby żadne złe moce nie spadły z nieba na nią, a przez to w przyszłości na dzieci.

- Sue, co oznaczają hung bao zawieszone u nich na szyi? Zapytałem, patrząc już jednak na tragarzy niosących na ramionach plecione kosze.
- To są koperty wręczone od rodziny
- Ale oni dopiero przyjechali
- Ale od rodziny pana młodego

Wtedy właśnie dowiedziałem się, że wesele w Chinach to, tak na prawdę, dwa wesela. Rodziny nowożeńców nie mogą w tym dniu świętować razem. Najpierw, pan młody przychodzi zabrać swoją wybrankę od rodziny. Po ceremonii "pożegnania", zabiera ją do swojego domu. Zanim jednak będzie im dane cieszyć się długim, spokojnym i szczęśliwym życiem, musi odbyć się ceremonia "powitania". Ja brałem udział w weselu pana młodego, więc podczas radosnego powitania.


Wesele w Chinach to dwa wesela odbywające się w tym samym czasie w dwóch różnych miejscach - najpierw pożegnanie w domu panny młodej; później powitanie u pana młodego. 

Para młoda, zanim przywita się z gośćmi musi odegrać scenę przekroczenia progu do domu wejścia do domu. Młodzi idą w kierunku wejścia za rękę. W tym czasie, dwie osoby, przy pomocy podpalonych gałęzi trzciny bambusowej,wypędzają z pomieszczeń oraz ganku złe duchy. Tuż przed samymi drzwiami, wystrzeliwane jest konfetti. Chwilę później, pan młody staje w drzwiach i gestem, zaprasza swoją lubą do środka.


Przed wejściem młodej pary do domu, trzeba, za pomocą ognia, przegonić złe duchy.

Wchodząc w ramiona ukochanego, panna młoda składa parasol.Od tej pory, to na jej mężu spoczywa obowiązek zapewnienia jej opieki. Z pomocą przychodzi również lusterko zawieszone nad futryną drzwi. W miejscu, gdzie gromadzi się wiele osób, może być również wiele zawistnych spojrzeń i złych uroków. W tak istotnym dniu, nie ma mowy, by którykolwiek z nich zakłócił spokój młodej pary. Duchy niedowidzące, odganiane są za pomocą wiązki głośnych petard.


Podczas przekraczania progu domu, składany jest parasol panny młodej - od tej pory, na jej mężu ciąży obowiązek zapewnienia jej opieki.

W oczach krewnych, Duchów, Bóstw i Przodków, zakochani lub powiązani przez rodziny, stają się formalną parą w momencie zapalenia świec ustawionych na stole w ich nowej sypialni i wypicia wina z miodem ze szklanek związanych czerwoną wstążką. Wierzący, dopatrzą się niewidzialnej jedwabnej wstęgi, którą, od narodzin, związana jest para przez Boga Zaślubin, 月下老人 (Yue Xiao Lao Ren). Stolik, na którym znajdują się pucharki pełni rolę symbolicznego ołtarzyka. Nic na nim nie znajduje się z przypadku. Owoce mają zapewnić dostatek materialny, ryż - płodność, zielone liście - dostatki ilościowe, linijka - bogactwo ziemi a nożyczki....... nierozerwalność (trzeba przyjąć trochę inny niż domyślny tok myślenia i da się zrozumieć powiązanie). 


Stolik w sypialni pary młodej pełni rolę symbolicznego ołtarzyka - nic, nie znajduje się na nim bez przyczyny.

Kiedy już podrostek staje się mężczyzną, a dziewczynka kobietą przychodzi czas kolejnego posiłku i zabawiania gości. Państwo młodzi, z każdym muszą zamienić chociaż jedno zdanie. Żaden z gości nie może być pominięty. Również mnie udało się nawiązać krótką rozmowę. A, że moja znajomość chińskiego jest jeszcze mocno ograniczona, paląc Shuangxi i pijąc filiżankę herbaty z panem młodym, po powitaniu, pozwoliłem sobie pochwalić rzeczy, które potrafiłem nazwać - ładny garnitur, ładne wesele, ładna żona. Wypowiedziałem też perfekcyjnie całe zdanie "Jutro nie będzie padać" - jak się okazało, zdanie było w 100% poprawne.


Podczas wesela, nikomu nie może nic brakować. Nikt nie może również czuć się pominięty.

Wesele skończyło się tuż po zachodzie słońca. Jak wygląda noc poślubna w Chinach? Tego nie wiem. Nie wiem nawet czy odgrywa istotną rolę. W tej części ceremonii, nie dane mi było uczestniczyć. Może i dobrze, biorąc pod uwagę, że cała ta symbolika zalała jak powódź mój mózg, a wszystkich wkoło znających angielski, moja ciekawość i kolejne pytania "co to? dlaczego? co to oznacza?", doprowadziła do chrypki kolejnego dnia.