Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przygotowania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przygotowania. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 stycznia 2018

Pora na odstresowanie

Pora na odstresowanie się (autostopem do Rzymu 29.04-04.05)


Wiosna to fajna pora roku. Wszystko kwitnie, energii tak jakby było więcej i w ogóle wszystko lepiej wygląda. Nawet moja gruntowa ulica przed domem prezentuje się elegancko w wieczornym świetle zachodzącego słońca.

Jakoś w kwietniu spotkałem się z Marcinem – dawnym znajomym z Piotrkowa, którego poznałem na pogrzebie papieża Jana Pawła II. Marcin zasugerował żeby wybrać się do Rzymu na beatyfikację. Co prawda miałem już plany – chciałem jechać na Ukrainę do Prypeci ale z drugiej strony, Rzym brzmiał zachęcająco zwłaszcza, że ostatni raz byłem we Włoszech jakieś pięć lat temu.

Pomysł wyjazdu ewoluował przez następne tygodnie. Marcin chciał jechać autobusem lub ze znajomym kierowcą tirów a ja chciałem transport niezorganizowany a przy tym jeden z fajniejszych możliwych – autostop. W końcu majówka to otwarcie sezonu autostopowego. Machanie komplikowałby fakt, że byliśmy w trójkę, tj. Marcin, jego brat, Paweł i ja. Musielibyśmy się i tak rozdzielić na układ 2+1 i pewnie to ja zostałbym sam - co mi akurat zbytnio nie przeszkadzało.

Stanęło na tym, że mieliśmy jechać o 6 rano PKSem do Bielska-Białej i stamtąd próbować w 3 łapać stopa i w razie niepowodzenia po kilkunastu minutach, rozdzielić się. Żeby wizyta we Włoszech miała ręce i nogi i żebyśmy mogli w pełni zasmakować kultury Italii, załatwiłem dla zakwaterowanie na Couchsurfingu u Giovanniego w Latinie – 60km. od Rzymu.

Wszystko wyjaśniło się a zarazem pokomplikowało w dniu mojego odbioru wizy Chińskiej, 28 kwietnia kiedy Marcin zadowolony zadzwonił do mnie z...... Padwy. Okazało się, że w nocy przejechali tam ze znajomym kierowcą tirów. Policja zgarnęła ich z autostrady przy próbie stopowania i wwiozła do miasta (czyżby stali przy samej drodze??). Umówiliśmy się ogólnikowo w Rzymie. Ja miałem jeszcze zajęcia do wieczora więc wyjazd tego dnia odpadał.

Po zajęciach kupiłem fajki i trochę chleba i wody na drogę. Wyjazd ustaliłem sobie na 29 kwietnia (piątek) na godzinę 5 lub 6 rano.

Dzień pierwszy, 29.04.2011




Obudziłem się około 3 rano, wziąłem prysznic, wypiłem kawę i przygotowałem sobie tabliczkę ROMA. Ojciec obiecał wywieźć mnie na trasę Warszawa – Katowice. Pakując powoli plecak, czekałem do wschodu słońca. W końcu o 6 rano wsiedliśmy w samochód i w ten sposób zaoszczędziłem jakieś 5 kilometrów przez las od mojego domu do trasy.


Wiem, że głupio wygląda tabliczka ROMA na początku drogi ale nie mogłem się powstrzymać :-). 


Stanąłem przy drodze obok parkingu przy knajpie i za chwilę zawołał mnie 77-letni kierowca Tira. Zawiózł mnie do samych Katowic i pokazał gdzie iść żeby dalej łapać stopa.To było skrzyżowanie tras i ciężko było nieco przejść w tamtym miejscu przez jezdnie – jakieś ślimaki, wiadukty, schodki – do końca nie wiedziałem, którędy iść żeby znaleźć się po właściwej stronie jezdni ale jakoś łamiąc wszelkie przepisy i przechodząc przez barierki i dwupasmówkę, udało się.

Postałem przez chwilę i zatrzymał się kolejny Tir. Wywiózł mnie za Bielsko. Stamtąd bardzo miła dziewczyna (Kasia, o ile dobrze pamiętam), zabrała mnie jakieś 10km od Cieszyna – rozmawialiśmy o autostopowaniu. Okazało się, że sama w ten sposób jeździła i pewnego dnia, stojąc w deszczu i nie mogąc nic złapać obiecała sobie, że gdy będzie miała własne auto, będzie się zatrzymywać każdemu. Obietnicy do dziś dotrzymuje. Dalej znów czekałem kilka minut jak podjechał kolejny facet i zawiózł mnie do miejsca, z którego widać było już granicę. Stanąłem na wjeździe na stację benzynową Orlen przy samej drodze.

Czas miałem niezły (zdecydowanie lepszy niż miałbym w przypadku planu z PKSem), pogoda bardzo dobra. Humor i motywacja wysoka. Widziałem na stacji dziewczyny z Łotwy – ciekawe gdzie jadą – pomyślałem. Zastanawiałem się czy nie podejść ale odpuściłem (auto klasy premium więc nie widziałem wysokich szans). W końcu podeszła jedna z nich, Dzintra i zapytała się gdzie jadę. Rzym – odpowiedziałem i zapytałem czy jadą do Brna. Okazało się, że tak – jechały (Dzintra i Sanita) z trzema psami na wystawę psów do Chorwacji. Same nie wiedziały, którędy bo miały ustawionego GPSa więc nie martwiły się zbytnio trasą. Jak później go zobaczyłem, doszło do mnie, że załapałem się na najdłuższy przeskok w tej trasie. Przejechaliśmy przez całe Czechy (które tym razem wydały mi się jakieś...... nudne) i prawie pół Austrii. W drodze rozmawialiśmy m.in. o języku niemieckim, który jednoznacznie kojarzył nam się z filmami porno :-). Widzieliśmy nawet znak „Schnell ist laut” – do tej pory nie wiem czy był to znak drogowy czy może reklama austriackiej wytwórni filmów dla dorosłych.

Nasze drogi rozchodziły się kawałek za Graz. Pech chciał, że akurat w tamtym miejscu zaczęło padać i nie było żadnego parkingu po drodze. Zjechaliśmy z mojej autostrady (A2) na autostradę A9 w kierunku Mariboru (SLO). Poprosiłem o wysadzenie na parkingu bez stacji, tzw. dzikim żeby nie oddalać się zbytnio od mojej drogi. Nie dobrze – pomyślałem. Autostrada – nie wolno przechodzić jezdni, ja stoję nie na tej drodze i w dodatku w złym kierunku a jakby tego było mało, pada deszcz. Schroniłem się pod daszkiem do toalety i zacząłem szukać foliowego palta. Akurat zatrzymał się facet w średnim wieku więc nieśmiało zapytałem czy nie wywiózł by mnie na najbliższy parking po drugiej stronie drogi. Poszedł do toalety, poczekaliśmy aż deszcz minie i zaproponował transport w lepsze miejsce. Po drodze wychwalił mnie za mój uśmiech i maniery i ogólnie wymieniliśmy uprzejmości. Trochę się zastanawiałem czy orientacyjnie jest w stronę kobiet czy mężczyzn i czy może mi coś zagrażać ale obyło się bez problemów i w przyjaznej atmosferze zawiózł mnie na rogatki Grazu. Miejsce dobre bo już byłem ustawiony we właściwym kierunku. Złe pod tym względem, że z tego miejsca był wyjazd na dwie autostrady w 4 razem kierunkach. Ponad godzinę stałem z tabliczką Klagenfurt. W końcu, EUREKA, zatrzymuje się zielone BMW a w środku Manfred i jego 7-letnia córka – Lena. Bardzo miłe towarzystwo zawozi mnie ok.50 na duży parking przy właściwej autostradzie we właściwą stronę. Podczas tego przeskoku, przyszedł mi do głowy żeby na moich schodzonych już Conversach zbierać podpisy ludzi poznanych po drodze i Manfred i Lena są pierwszymi osobami, które zostawiają mi oryginalną pamiątkę „Wish you all best, Manfred and Lena”. Stąd już wszyscy zatrzymujący się jechali w moim kierunku.
Pomyślałem, że mam dobry czas więc wszedłem na spokojnie do baru, wyjąłem bluzę (Alpy i było dość zimno), włożyłem do środka palto przeciwdeszczowe, wyszedłem na zewnątrz, zagadałem z Polakami jadącymi na beatyfikację (wyładowanymi po brzegi więc bez szans dla mnie). Miałem wrażenie, że mam dużo czasu – było jeszcze jasno a ja planowałem być w tym miejscu jakoś w środku nocy więc rozprostowałem trochę kości, zjadłem kawałek chleba i banana, którego udało mi się dorwać po drodze i stanąłem blisko wyjazdu z parkingu z tabliczką Klagenfurt. Od razu po tym, zatrzymało się ciemne terenowe auto a w środku mężczyzna, nieco starszy ode mnie, który jak się okazało widział mnie już w barze i wtedy pomyślał, że mnie podwiezie. Bardzo dobrze nam się rozmawiało. Świetnie mówił po angielsku i jak się dowiedziałem, kończył filologię rosyjską i angielską a obecnie przymierza się do robienia doktoratu z językoznawstwa – jak przeznaczenie – podobne wykształcenie i podobne zainteresowania. Pracował ciężko podczas studiów więc mimo pochodzenia (Europa Zachodnia) również wie co to znaczy ciężka praca i niedospane noce żeby powiązać koniec z końcem. Zawiózł mnie kawałek za Klagenfurt, jakieś 30km od Villach na kolejny duży parking. Tam, mimo, że było już ciemno postanowiłem sobie zrobić godzinę przerwy od wszystkiego, rozprostować się, najeść, wypalić kilka papierosów jeden za drugim, itd. Z godziny zrobiły się ponad trzy godziny bo jak przyszło mi szukać kolejnego transportu, ruch na parkingu niemal zamarł.

W końcu udało mi się wyhaczyć Polaka jadącego do Ancony na prom do Patras, również Nomada ze stylu życia – trochę z konieczności ale również z zamiłowania do podróży i nowości. W nocy przejechaliśmy do Mestre po drodze zatrzymując się jeszcze w Villach po tańsze paliwo i zaraz za granicą włoską żeby uciąć sobie godzinną drzemkę.

Dzień drugi, 30.04.2011


Parking w Mestre był prawie wolny od ruchu. Środek nocy, ci którzy podjeżdżali byli z okolic i nie jechali bynajmniej w moją stronę. Szwędałem się po nim kilka godzin aż w końcu zdecydowałem rozłożyć śpiwór i karimatę i przespać się do 5 rano. Od 5 do 10 i tak nic nie złapałem mimo, że było już jasno, nadal brak ruchu. W końcu, zauważyłem cofające auto z tabliczką PD na rejestracji. Warto nadmienić, że dawniej na tablicy było wpisane pochodzenie samochodu - obecnie numer rejestracyjny we Włoszech to zbitka akurat wolnej kombinacji liter i cyfr. Chłopaki zawieźli mnie do Padwy i zostawili na wjeździe na autostradę A13 w kierunku albo na Wenecję albo na Bolonię. Tam czekałem chyba ze trzy godziny – zatrzymała się tylko jedna dziewczyna, która jechała nie w tym kierunku co ja. Zacząłem już powoli tracić nadzieję, że zdążę do Rzymu na beatyfikację. Dodatkowo Karabinierzy wyrzucili mnie z tamtego miejsca. Nie wolno łapać stopa ani na autostradzie a stanie przy bramkach wjazdowych również jest pewnym nagięciem przepisów. Wszedłem dalej w miasto i stanąłem na przystanku autobusowym i wystawiłem tabliczkę Bologna. Nie minęło dużo czasu a zatrzymał się facet jadący do samej Bologni. Tam, na parkingu poznałem dwie dziewczyny jadące pierwszy raz stopem. Pogadaliśmy sobie, życzyliśmy bezpiecznej podróży i rozdzieliliśmy się. One chodziły między samochodami, ja stałem na wyjeździe z parkingu z tabliczką. Po kilkunastu minutach czekania,  wzięła mnie rodzina jadąca do Lucci – Desiderio, Clara i Bianca. Sami zaproponowali podwózkę w momencie gdy zwinąłem tabliczkę i szedłem do sklepu po butelkę wody, zatrzymali się i powiedzieli, że mogą mnie zabrać do Florencji gdzie rozjeżdżały nam się autostrady. Byli do tego stopnia fair, że przejechawszy kawałek zjazd na mój parking przed ślimakiem, Desiderio cofał kawałek na autostradzie.

We Florencji zapytałem się Rumuńskiej grupy czy mogliby mnie zabrać – kazali poczekać na kierowcę. Po kilkunastu minutach, idzie facet z kluczami w stronę rumuńskiego busa więc zagaduję go po angielsku. Jak się okazuje, Włoch z Neapolu, ale jedzie do Rzymu. Jak już przeszliśmy na wspólny język wytłumaczyłem dlaczego nie zagadałem od razu po włosku. Uśmialiśmy się obydwaj. Z początku nie chciał mnie wziąć – brak ubezpieczenia, itp. Pokazałem mu kartę ITIC (nauczycielską) i powiedziałem, że to moja polisa. Spytał czego uczę – angielskiego, mówię, moja córka kończy w przyszłym roku hiszpański i też możliwe, że będzie uczyć – odpowiada, wskakuj!.

Godzina 16.00. Do Rzymu jakieś 300km a w połowie drogi, Ciro, bo tak miał na imię mój kierowca zaproponował nocleg u siebie w domu. Nie chciałem z początku przyjąć bo czułem się odpowiedzialny za zorganizowanie dachu nad głową Marcinowi i Pawłowi ale jak się okazało po kilkudziesięciu minutach oczekiwania na sms co z nimi, napisali, że zostają na Placu Św. Piotra na czuwaniu. Przyjąłem więc ofertę Ciro. Wziąłem ciepły prysznic, dostałem pyszną kolację i do wczesnych godzin  rannych rozmawiałem z Karen i Nadią – jego córkami, studentkami psychologii i języków odpowiednio. Nadia napisała książkę „Auschwitz – promessa d’amore” i jest w trakcie pisania drugiej. Dodatkowo, kręci i montuje krótkometrażówki i pisze wiersze. Udany wieczór w superinteligentnym towarzystwie.

Dzień trzeci – 01.05.2011 – Beatyfikacja




Rano z Ciro wypiliśmy kawę, zjedliśmy śniadanie. Ciro chciał mi na drogę dać wielkie czekoladowe jajo wielkanocne ale gimnastykując się nieco, odmówiłem ze względu na duże zagęszczenie ludzi w centrum Rzymu (chociaż uwielbiam czekoladę jakoś nie mogłem sobie wyobrazić siebie w ścisku ludzi z tym jajem). W końcu odłamał kawałek czekolady, zawinął w papier i dał mi go na prowiant. Pożegnałem się z dziewczynami i nieco po 9.00, mój gospodarz zawiózł mnie na stację metra Rebibbia. Bilet na metro w Rzymie, jednorazowy, 75 minutowy kosztuje 1 euro co wychodzi taniej niż metro w Warszawie.

Po przesiadce z linii niebieskiej na czerwoną (metro w Rzymie nie jest zbyt skomplikowane), wysiadłem na stacji Ottaviano „San Pietro”. Tam już była kolejka do wyjącia na powierzchnię. Na szczęście, dzięki służbom porządkowym i wolontariuszom, ruch pieszy odbywał się sprawnie w promieniu kilku kilometrów od Watykanu ruch samochodowy był wstrzymany. Nie udało mi się wejść na plac Św. Piotra – ale nie ciągnęło mnie tam. Próbowałem się przepchnąć przez korek pieszy pod telebim nieopodal południowej ściany Watykanu.


Zaraz po wyjściu ze stacji metra.

W pewnym momencie zrezygnowałem. Wycofałem się i swoje kroki pokierowałem na Piazza del Popolo gdzie sześć lat wstecz oglądałem na telebimach pogrzeb. Nie chodziło mi żeby być jak najbliżej. Bardziej chodziło mi o poczucie atmosfery wspólnoty i tej energii, którą wydzielają ludzie stojący obok, zjednoczeni w jednej idei pokoju, pozbawieni na tę parę chwil wszelkiej zawiści, materializmu, uprzedzeń i zawiści. Po drodze na Piazza del popolo, spotkałem dwóch księży z Libanu (fajnie wyglądał proporczyk z wizerunkiem papieża i napisem po arabsku pod spodem). Jeden z nich doskonale mówił po włosku i uprzedził, że jak idę na p.zza del Popolo, nie ma tam telebimu.


Proporczyk na szyi księdza z Libanu.

Wróciłem pod południową ścianę Stolicy Piotrowej, przepchnąłem się pod telebim – niosąc wózek pana, który był z żoną i dziećmi, którego spotkałem po drodze, i który nie mógł sobie poradzić przejść sprawnie między tłumem pchając rozłożony wózek.
Beatyfikację oglądałem na telebimie i słuchałem z radia polskiej grupki, chyba z pielgrzymki bo byli razem z księdzem. Zatrzymałem się przy nich, nachyliłem ucho do telefonu komórkowego z włączonym radiem i bez słów, nieformalnie, zostałem przyjęty do grupy. Podczas mszy zastanawiałem się nad przeznaczeniem, w które tak mocno wierzy moja koleżanka, Patrycja, i pisarz, którego lubię czytać gdy nie mam energii na cięższe lektury – Paulo Coelho. Ja z natury jestem sceptykiem ale przez poprzednie dwa dni wszystko ułożyło się jak klocki na zasadzie gdybym nie popełnił błędu tutaj to nie stałoby się to, itd. Jedna rzecz wynikała z drugiej. Myślałem też o ludziach poznanych po drodze – każdy dał mi coś więcej niż tylko transport, każdy przekazał mi w pewnym sensie cząstkę siebie; każdy zaistniał w mojej historii a ja zaistniałem w jego. Zastanawiałem się też co przeszkadza pewnemu dużemu państwu i niektórym grupom pokój na świecie i czy nie łatwiej byłoby wyciągnąć do drugiego człowieka rękę zamiast bagnet i zbudować coś razem zamiast niszczyć? Myślałem o beatyfikowanym papieżu. Cokolwiek złego napisano, jakiekolwiek wątpliwości pojawiły się odnośnie beatyfikacji to jemu samemu nie można było nic zarzucić. Choć nie zawsze mogłem się zgodzić z jego naukami, podziwiałem go za doświadczenie życiowe, za to co przeżył podczas wojny i po niej, za upór, determinację w dążeniu do celu, za charyzmę i przede wszystkim za faktyczną walkę; walkę o pokój. Podobały mi się próby nawiązania dialogu pomiędzy religiami, mimo rzucających się w oczy podziałów. Papież często porzucał związaną z jego urzędem pompę i patrzył na przedstawicieli innych wyznań przede wszystkim jak na ludzi bez żadnych prób „nawrócenia” ich na wiarę Chrześcijańską. W końcu drzwi do Watykanu były otwarte i wchodziło się tam z chęci a nie z musu.

Po nabożeństwie nadal dawało się odczuć pozytywną energię ludzi, którzy przyjechali na beatyfikację. Właściwie, cała beatyfikacja rozpoczęła się mszą i do końca dnia, na ulicach Rzymu trwał jeden wielki festyn ze śpiewami pielgrzymów, okrzykami radości i mini koncertami.
Do wieczora plątałem się po centrum Wiecznego Miasta, przypomniałem sobie jak wygląda Piazza del Popolo, Schody Hiszpańskie (moje ulubione miejsce), Panteon, Koloseum, Piazza di Venezia, Fontanna di Trevi, itp. Ominąłem jedynie Watykan. Miałem się spotkać z Marcinem i Pawłem jednak w pewnym momencie ich telefon przestał odpowiadać. Podczas chodzenia po Rzymie, myślałem trochę o autostopowiczkach napotkanych w Bologni - czy udało im się szczęśliwie i bezpiecznie dojechać, czy wszystko z nimi w porządku i nagle...... na piazza di Spagna, w całym tym zgiełku słyszę "Cześć". Patrzę a one siedzą i odpoczywają w cieniu. Zmęczone ale w dobrych nastrojach. Dziwny przypadek spotkać kogoś w takim tłumie osób, z którym zupełnie nie ma się kontaktu i o którym się akurat myślało. Ale zaraz - zanim się rozstaliśmy na tamtym przystanku oprócz życzeń bezpiecznej drogi, rzuciłem "do zobaczenia w Rzymie" a one odpowiedziały tym samym - no więc słowa wszyscy, jakby nie było,  dotrzymaliśmy.


Naprzeciw Schodów Hiszpańskich razem z autostopowiczkami poznanymi na parkingu w Bologni.


Zjadłem prawdziwą włoską pizzę z prosciutto crudo i udałem się pieszo w okolice stacji kolejowej Roma Termini. Spotkałem m.in. panią z Hiszpanii, która pochwaliła mój hiszpański (z grzeczności oczywiście bo były to pojedyncze słowa i proste zdania po hiszpańsku przeplatane włoskim i dodatkowo z włoskim akcentem – jakoś nie miałem nigdy czasu żeby zabrać się na poważnie za naukę hiszpańskiego).

Na gigantycznej stacji Roma Termini, zamiast patrzeć się w rozkłady, poszedłem do automatów biletowych, wpisałem Latina i zobaczyłem, że wszystkie bilety na pociągi regionalne za 3 euro maą status „non vendibile” czyli „nie sprzedaje się”. Zostały same bilety na IC i Euro Star. Ustawiłem się więc w długaśnej kolejce do kas, z nudów zapytałem dziewczynę stojącą przede mną skąd ten komunikat w automatach. Okazało się, że stała w tej samej sprawie. Zaproponowała przepchanie się obok niej – w ten sposób zaoszczędziłem chyba z pół kolejki. W kasie biletowej dziwnym sposobem nic nie wiedzieli i normalnie udało się kupić bilet do Latiny za 3 euro.

Po godzinie jazdy pociągiem, ze stacji odebrał mnie Giovanni, mój gospodarz z Couchsurfingu i jak się później okazało, pokrewna dusza z podobnymi zainteresowaniami i poglądami. Musiałem się nieźle nagimnastykować żeby wytłumaczyć dlaczego jestem sam i co się stało z Marcinem i Pawłem – zwłaszcza, że sam nie wiedziałem bo telefon Marcina ucichł wczesnym popołudniem. Pojechaliśmy do domu Giovanniego i pierwsze co rzuciło mi się w oczy to ogromna masa książek. Tak, znów trafiłem na bardzo inteligentną i oczytaną osobę. Od początku drogi miałem szczęście do wyśmienitego towarzystwa a dwa dni u Giovanniego zapowiadały się jak wytrawne wino do wystawnej kolacji. Wieczór spędziliśmy na zapoznaniu się, spacerze po Latinie, miasteczku nowym, wybudowanym na mokradłach od podstaw przez Mussoliniego, który w zamian za granty finansowe, ściągnął tam rolników, głównie z północy, dał im ziemie i domy w zamian za osiedlenie się na tych terenach.

Dzień czwarty 02.05.2011 – spokojne zwiedzanie Rzymu.


Rano, po śniadaniu, poszliśmy z Giovannim na stację kolejową żeby wrócić do Rzymu i spokojnie sobie połazić w miejscach oddalonych nieco od turystycznego zgiełku. Kupiliśmy bilety całodniowe BIRG za 9 euro upoważniające do przejazdów wszystkimi środkami transportu lokalnego w Rzymie i w promieniu 75km od Rzymu (łącznie z pociągami regionalnymi).
Wysiedliśmy na Termini i przeszliśmy mijając Koloseum, w okolice Circo Massimo a później na nabrzeże Tybru. Swoją drogą, ciekawe dlaczego zawsze woda w tej rzece jest intensywnie zielona. Przespacerowaliśmy się wzdłuż brzegu mijając Isola Tibertina, skąd pokierowaliśmy się do dzielnicy żydowskiej (niegdyś Getta). Giovanni, fascynat technologii, pokazał mi fajną aplikację na IPada – program edukacyjny na temat Rzymu, który zamienia tablet w swego rodzaju okno, które nakierowuje się na dany obiekt i można zobaczyć jak wyglądał w różnych okresach czasowych. Z Getta przeszliśmy do malowniczej dzielnicy Trastevere z centralnym placykiem obok bazyliki Santa Maria in Trastevere – jednej z najstarszych kościołów w Rzymie, przebudowanej kilka razy i obecnie sprawiającej wrażenie mieszanki stylów i czasów – swoistego pomnika historii. Najwięcej czasu spędziliśmy jednak w parku Pincio gdzie ja odpoczywałem od zgiełku dnia wczorajszego a Giovanni odpływał myślami od pracy. Pincio jest swoistym azylem od głośnego i zawsze zakorkowanego centrum Wiecznego Miasta. Dobrze jest się tam wybrać na parę godzin jeśli dłużej przebywamy w Rzymie żeby zamiast sygnałów karetek i wszechogarniających klaksonów, wsłuchać się w śpiew ptaków i szum wody z fontanny. Giovanni udzielił mi wiele cennych informacji o stolicy włoch i jej okolicach. Dowiedziałem się między innymi, że nie jest to najlepsza strefa dla inwestorów budowlanych bo bardzo często, ilekroć zaczną pracę, okazuje się, że dokopali się do cennych pamiątek z przeszłości i budowa zostaje albo zatrzymana albo zupełnie odwołana na rzecz prac archeologicznych.


Z Giovannim, moim gospodarzem z Couchsurfingu przy wejściu do Parku Pincio.

Najlepsza w tym mieście jest jego różnorodność. Stolica Europy (bo tak można śmiało je nazwać) ma w sobie elementy prehistorii, antyku, średniowiecza, renesansu, baroku, czasów przedwojennych, wojennych i nowożytności a wszystko to poukładane tematycznie jak w katalogu bibliotecznym w poszczególnych dzielnicach.
Wyjeżdżając z Rzymu przeszliśmy przez Via Veneto – enklawę bohemy artystycznej, gdzie kawa w knajpie kosztuje 15 euro i gdzie zlokalizowane są hotele z taką ilością gwiazdek, że próbując je zliczyć, traciłem po chwili rachubę. Tam, zaskoczył mnie niecodzienny widok. Elegancko ubrany mężczyzna stał na środku chodnika w taki sposób, że by go minąć trzeba było powiedzieć przepraszam i otrzeć się lekko o niego, patrzył się w martwy punkt gdzieś w powietrzu z ręką wyciągniętą niczym szlachcic i z papierosa w dłoni puszczał dymek........ konopny co wyczułem nie tylko ja ale i Gianni. Widok niecodzienny zwłaszcza, że w Italii, przez popalanie trawki można mieć spore problemy. Wspomniany gentleman nie krył się z nią zbytnio a wręcz afiszował się, a kilka metrów dalej stali sobie karabinierzy.

Dzień zakończyliśmy wizytą w Parku Narodowym Circeo i nad brzegiem morza, które, będąc tak blisko, - po prostu musiałem zobaczyć. Wyczerpani po zajściu do domu, zjedliśmy Spaghetti alla Matriciana i obejrzeliśmy film z zeszłorocznej wyprawy Giovanniego do Indii. Rozmawiając, okazało się, że chciałby pokonać tą samą trasę co ja i przejechać w góry Karakorum żeby tam przekroczyć granicę z Chinami.


Z Giannim nad brzegiem morza.

Dzień piąty 03.05.2011 – Komu w drogę temu czas


Od rana prześladował mnie pech i brak motywacji do jazdy. Mój duchowy brat, Gianni, zawiózł mnie na wylotówkę z Latiny w stronę Frosinone (czyli nieco dalej na południe od Rzymu). Powód? Nie chciałem jechać przez obwodnicę rzymu G.R.A. – wielką arterię z niezliczoną ilością rozjazdów (swoją drogą o ciekawej nazwie Grande Raccordo Anulare – czyli wielka obwodnica, za której budowę odpowiedzialny był ówczesny dyrektor agencji ds . dróg krajowych, Eugenio Gra). Wolałem ustawić się przy autostradzie Roma-Napoli, która jadąc na północ, omija G.R.A.


Obwodnica Rzymu G.R.A. Prawda, że wygląda jak naczynia krwionośne otaczające serce? Obok autostrada A1, która omija G.R.A.

Po godzinie czekania przy skrzyżowaniu z Via Appia, najstarszą drogą rzymską, udało mi się załapać na transport do Frosinone, gdzie ustawiłem się na wjeździe na autostradę tuż obok znaku „No Autostop”. Głupota, że przy tym znaku, ale miejsce było dobre ze względu na mini-parking tuż obok. W trakcie czekania podjechali Carabinieri. Tym razem, postanowiłem nie wymądrzać się z włoskim.

-         Che stai facendo? Non si puo fare l’autostop di qua
-         Hello, I don’t understand
chwila namysłu przez oficera
-         Where Arr you go?
-         Firenze – are you going that way, sir?
-         Ah, Firenze, bella citta’ allora buon viaggio, ciao!

I odjechali – muszę tak kiedyś w Polsce spróbować udać, że nie rozumiem panów policjantów o czym oni do mnie rozmawiają.


Znak NO AUTOSTOP przy wjeździe na autostradę A1 w kierunku Roma-Napoli.

Nie miałem motywacji do powrotu. Coś ciągnęło mnie na południe a musiałem wracać na północ – w czwartek rano miałem już siedzieć na maturze z matematyki. Niby było zastępstwo w razie gdybym nie zdążył dojechać ale wolałem jednak tam być. Po trzech godzinach czytania książki z wystawioną tabliczką opartą o plecak we Frosinone zatrzymał się facet i zaproponował podwózkę na parking na wysokości Rzymu. Ciekawostką było to, że czekałem zaraz obok zjazdu na parking a on zatrzymał się tamując nieco ruch za nim – cóż, włoski styl jazdy – to tam nauczyłem się, prowadząc samochód, wykorzystywać całą szerokość jezdni, a na jednopasmowych rondach, zachowywać się tak jakby były co najmniej dwa pasy. Tam też dowiedziałem się, że w aucie jest taki element wyposażenia jak klakson i odkąd zwróciłem kiedyś na niego uwagę, dumnie przemyałem przez polskie ulice potrąbując sobie co trochę.

Dalej już poszło w miarę łatwo – spotkałem Maćka, kierowcę Tira, który po pauzie 45-minutowej mógł jeszcze jechać 4,5 godziny. Pokazałem mu gdzie jest prysznic, poczęstowałe mnie obiadem i pojechaliśmy kawałek przed Florencję. Ściemniało się już ale połaziłem sobie między tirami i zawołał mnie kierowca włoskiej ciężarówki, który akurat kończył tankować paliwo. Mieszkał w Mediolanie i tam jechał co dało się słyszeć po charakterystycznym, mocno zaciągającym akcencie ale z urodzenia był Albańczykiem – czego już moje ucho nie wychwyciło. Zawiózł mnie kawałek przed Bolonię gdzie rozchodzą się drogi na Wenecję i Mediolan. Było już ciemno, spędziłem na parkingu dwie godziny nie mogąc nic złapać, ruch zamierał. Moi priorytetem było dostać się za ślimak tak żeby znaleźć się na parkingu, z którego wszyscy będą jechać w tę samą stronę. W końcu wpadłem na pomysł żeby zamiast po włosku, mówić po angielsku – zadziałało. Pierwszy kierowca, Mino, którego w ten sposób zagadałem wywiózł mnie wraz z żoną aż na wysokość Ferrary – mimo iż miał zjeżdżać 20km wcześniej. Dał mi nawet 50 euro na coś ciepłego do zjedzenia. Z początku nie chciałem przyjąć – pokazałem mu pieniądze, które miałem i kartę ale uparł się, w dodatku był tak miły, że pomyślałem, że zrobię mu przykrość jeśli nie wezmę ale zapowiedziałem, że po powrocie przekażę na organizację charytatywną. Słowa zresztą dotrzymałem.

Na parkingu w Ferrarze również ruch już umarł. Jedyne co zwróciło moją uwagę to camper na polskich numerach i to z Piotrkowa Trybunalskiego – 30 kilometrów od mojego miasta, zaparkowany na samym środku placu wyglądał nieco jak fatamorgana na pustyni. Zapukałem, państwo powiedzieli, że mnie rano zabiorą ale jakoś nie chciało mi się jeszcze spać i miałem ochotę na bardziej międzynarodowe towarzystwo. Problem w tym, że dochodziła już godzina 0.00 a ja nadal byłem we Włoszech.

Dzień szósty 04.05.2011 – epilog.


Tuż po północy, na wyludnionym wręcz parkingu zatrzymał się Mercedes, wysiadł pan ok. 50-kilku lat i skierował swoje kroki do sklepu. W środku siedziała młodziutka blondynka z Rumunii. Zagadałem z nią czy nie jadą na północ w stronę Wenecji. Strzał w 10 – zawieźli mnie na wysokość Rovigo. Pan nie był z początku zachwycony pomysłem wzięcia pasażera na gapę ale później przełamaliśmy lody. Rozmawialiśmy o muzyce włoskiej, rumuńskiej i polskiej. Każdy miał coś do powiedzenia, każdemu coś się tam o uszy obiło.

Koło Rovigo spędziłem już prawie całą noc. Jak tylko zacząłem szukać kierowcy przyszło urwanie chmury i burza, która zablokowała mnie na prawie całą noc. Kałuże na równej nawierzchni w mgnieniu oka zrobiły się takie, że po kostki miałem wodę. Nawet światło wysiadło na chwilę. Pomyślałem – ale super – wreszcie coś się dzieje :). Wróciłem do baru, kupiłem kolację i kawę i czekając aż deszcz ustanie, poczytałem książkę. Nie ustał przez kilka godzin. Postanowiłem poruszać się więc przeszedłem pod prysznic (darmowy – ogromna zaleta parkingów autostradowych z Autogrillem). Do butów włożyłem ręczniki papierowe żeby wsiąknęły wilgoć. Później dopiero zaskoczyłem, że mam w plecaku suszarkę do włosów i ją wykorzystałem do wysuszenia butów.


Suszarka do włosów służy nie tylko do suszenia włosów.


W trakcie jak odprawiałem ten dziwnie wyglądający rytuał z pod prysznica wyszedł jeden mężczyzna, na oko niewiele starszy ode mnie, i coś zagadał. Odpowiedziałem mu po włosku, spojrzał się i powiedział, że nie rozumie i że jest z Polski. To ja już po Polsku zapytałem o której wyjeżdża i dokąd jedzie. Za 15 minut i do...... Słowenii. Dziękuję i bezpiecznej drogi, odpowiedziałem. Nagle żaróweczka zapaliła mi się nad głową. Skoro jedzie do Słowenii to musi jechać przez Triest. Skoro przez Triest to na pewno za Wenecją zjeżdża dopiero z mojej autostrady. Założyłem po prędce na wpół wysuszone buty i jak z procy wystrzeliłem do niego – tak jak myślałem, jechał przez Triest. Jeszcze tylko powrót po plecak zostawiony w barze i zabrał mnie ze sobą. W kabinie zamieniliśmy parę zdań i oczy mi się same zamknęły. Przespałem chyba z 1.5 godziny i już zaczęło świtać. Ok. 7 rano byłem już w Portogruaro gdzie chciałem zjeść śniadanie i wypić ostatnie przed Austrią espresso za rozsądną cenę ale..... niebieski bus; numery zaczynają się od WI – szansa na dłuższy przeskok i może zdążę na czwartkowe matury, pomyślałem – podszedłem. Tak, mamy wolne miejsce – grupa wracająca ze Słowenii z wymiany międzynarodowej pod przewodnictwem Karola – wszyscy w bluzach „firmowych” Uniwersytetu Warszawskiego. W drodze powrotnej chcięli zahaczyć o Wenecję i tak znaleźli się w Portogruaro na nocleg w aucie żeby nie jechać na resztkach sił po zwiedzaniu. Postawiłem Karolowi śniadanie i już byliśmy w drodze.


The Mystery Machine czy rządowy bus? Nie, to ekipa studentów z UW pod wodzą Karola.

Zabrali mnie do samego Tomaszowa i wwieźli nawet do centrum miasta. Znowu trafiło się inteligentne, zgrane i otwarte towarzystwo a przy okazji dowiedziałem się wielu interesujących rzeczy o Słowenii. Jadąc z powrotem przychodziły mi do głowy dziwne rzeczy związane z kolorem busa i przyciemnianymi szybami. Raz czułem się jak w „the Mystery Machine” ze Scooby Doo a raz jak w rządowym aucie. W każdym razie było super pozytywnie – nie tylko dlatego, że udało mi się załapać na dłuższy przeskok ale i dlatego, że czas podróży powrotnej minął w dobrej atmosferze z właściwymi ludźmi. Nadal chylę czoła przed Karolem, który pomimo zaledwie 23 lat na karku potrafił sam przejechać bez problemu, bez narzekania taki długi dystans (razem z rozjazdami po Słowenii, jak pokazał licznik zrobili blisko 4000km) i bezpiecznie odwiózł wszystkich do domu. W domu byłem ok. godz. 22. Pomimo kilku zarwanych nocy nie czułem zmęczenia i nie chciało mi się jeszcze spać – przeciwnie – czułem niedosyt. Ale jak mi to jedna koleżanka kiedyś powiedziała – lepiej czuć niedosyt niż nasycenie, pomyślałem jak już leżałem w ciepłym łóżeczku i zadziałało.


W domu byłem ok. godz. 22.00. Na matury następnego dnia zdążyłem bez problemu.

Podsumowanie:


Czas: 6 dni
Łączny dystans: około 3.800km.
Czas na przejazd w każdą stronę: ok. 36h
Liczba złapanych aut: 22
Najdłuższy przestój: 5h
Najkrótszy przestój: kilka sekund
Najdłuższy dystans z jednym kierowca: 1103 km
Najkrótszy dystans z jednym kierowca: ok. 10km
Finansowo: suma wydatków 30 euro łącznie z duperelkami, które tak na prawdę kupowałem żeby nie przywieźć znów drobnych.

Komentarz:

Autostop we Włoszech, może i ma się w miarę dobrze ale już nie tak dobrze jak kiedyś. Nie jest to niemożliwe ale na pewno Italia nie jest dobrym krajem do stopowania. Z jednej strony jest świetnie rozbudowana sieć autostrad i można szybko skakać z jednej miejscowości do drugiej, z drugiej jednak czekając aż ktoś nas zabierze trzeba uzbroić się w cierpliwość. Warto pamiętać jednak żeby się nie poddawać bo kto szuka ten znajduje. Dawniej, w latach pięćdziesiątych autostopowicz na ulicach Włoch był powszechnym zjawiskiem – obecnie patrzą się na nas trochę jak na kosmitów i dziwią dlaczego nie mamy własnego samochodu albo nie jedziemy pociągiem. Włochy od dawna nie są już biednym państwem – obecnie wiele nastolatków ma swoje własne auta i to nie byle jakie. Może trochę przygniotła ich sytuacja po wejściu euro i było przez chwilę gorzej niż w Polsce. Jednak jak zaobserwowałem teraz, sprawy mają się coraz lepiej. Jedno jest pewne – nie stracili ani trochę ze swoich charakterystycznych cech narodowych – otwartości, gadatliwości, gościnności czy szczerości– czyli tego co zawsze w nich lubiłem. Na całej trasie, jak i podczas beatyfikacji, poznałem wspaniałych ludzi, z którymi mam zamiar utrzymać nadal kontakt (dzięki chociażby wynalazkom takim jak facebook). Dalej podtrzymuję opinię, że taka forma podróżowania, mimo pewnych niedogodności, które mi akurat nie przeszkadzają nie jest jedynie sposobem zaoszczędzenia pieniędzy ale przynosi korzyści jak bliższe poznanie kultury, zwyczajów i języka kraju, do którego jedziemy, a w przypadku kierowców z zagranicy można nie tylko dowiedzieć się ciekawych rzeczy na temat ich krajów ale także otworzyć umysł na całkowicie nowe kwestie, których w życiu codziennym nie dostrzegamy.

Pokój z Wami i przepraszam za długi i nudny tekst ale inaczej nie mogłem.

Tutaj materiał filmowy:
Trailer:


Pełny film (15min):

A oto dlaczego najbardziej w Europie lubię Włochy:

Prawda, że w wielu kwestiach, my, Polacy zachowujemy się podobnie?

wtorek, 16 stycznia 2018

Wizy - USA

Nie wiem co mi odbiło, ale w toku przygotowań wymyśliłem sobie jeszcze wizę do Jueseju. Nawet nie wiem czy będę tam wjeżdżać. 

Jakby się dobrze zastanowić, z jednej strony są imperialistyczne zapędy, kult New World Order, UFO, Angeliny Jolie, hamburgera, silikonu i plastiku, z drugiej, Kanion Kolorado, bagna na Florydzie, pustynia w Arizonie no i oczywiście Miś Yogi w Parku Yosemite :-).

Perspektywa otrzymania długoterminowej wizy i trudności związane z wyrobieniem takowej po drodze zdecydowały, że aplikuję jeszcze zanim wyjadę (konsul musi znać realia kraju, z którego pochodzimy żeby uwierzyć w/podważyć nasze silne więzi z tym krajem - czy sobie tam czasem nie czmychniemy robić na zmywaku - nic na gębę).

Podczas swojego ostatniego kempingu w Polsce, Barack Obama, ku uciesze tłumów jego zwolenników, którym z powodu blokady Warszawy nie był dany zaszczyt go oglądać (o autografach nie wspominając), zapewnił ruszyć coś w sprawie wprowadzenia ruchu bezwizowego w USA.

Póki co, sam proces ubiegania się o wizę jest nieco uciążliwy a miejscami nawet absurdalny (choć dobrze bo ja lubię absurdy). Wszystkie informacje znajdują się na stronie ambasady. Oto jak dostać wizę w kilku krokach:


1. Krok pierwszy: Elektroniczny formularz DS-160
Na wypełnienie formularza trzeba sobie zarezerwować minimum 30 minut, mieć zdjęcie w formacie cyfrowym i odpowiadać na szczegółowe pytania. WAŻNE - po otwarciu nowego wniosku dostajemy na wejście numer ID aplikacji - spiszcie go gdzieś bo strona zawiesza się co 2 minuty a ze wspomnianym numerem, można naszą pracę zawsze odzyskać do 30 dni od rozpoczęcia. Kategoria wizowa, która interesuje turystów to B2. Planującym zatrudnienie "na czarno" też lepiej ubiegać się o B2 - właściwie taka praca to też turystyka - tylko w innym wydaniu i zwiedzamy mniej miejsc.

Na początku nudziło mnie wklepywanie kolejnych danych niezwiązanych z moją potencjalną imigracją (np. prawie pełne dane z dowodów rodziców) ale później okazało się, że ci amerykańscy urzędnicy mają poczucie humoru - poobijany - po upadku ze śmiechu z fotela, spisałem niektóre z nich:

  • Are you coming to the United States to engage in prostitution or unlawful commercialized vice or have you been engaged in prostitution or procuring prostitutes within the past 10 years? - Czyli w skrócie - czy zamierzam się w USA prostytuować

  • Are you a member or representative of a terrorist organization? - Chyba nie trzeba tłumaczyć. Po kliknięciu TAK wyskakuje pole tekstowe do wyjaśnienia, można np. wpisać "Członek zarządu" + nazwa organizacji.

  • Have you committed, ordered, incited, assisted, or otherwise participated in extrajudicial killings, political killings, or other acts of violence? - To chyba tak żeby zabezpieczyć się przed powtórką z sytuacji Kennedym

Ciekawe co by było gdyby na któreś z tych pytań odpowiedzieć twierdząco :-).

Po wypełnieniu wniosku i określeniu czy naszym celem pobytu jest uprawianie nierządu, przemyt narkotyków, handel ludźmi, organizacja zamachu stanu czy po prostu zwykłe, nudne, przyziemne zwiedzanie i cykanie sweetfotek pod statuą wolności, należy go zapisać i wydrukować.

2. Krok drugi: Telefon na sexlinię ambasady - 703 700 120 (4,92PLN/minuta połączenia) i umówienie się na spotkanie z konsulem.

Rozmowa trwa ok. 6-7 minut. Trzeba mieć pod ręką paszport i wydruk wniosku DS-160 (taki z kodem kreskowym).

3. Krok trzeci: Wizyta w konsulacie/ambasadzie (Warszawa lub Kraków) i rozmowa z konsulem.


Po kilku dniach od ustalenia tzw "interview", zgłosiłem się na 8.30 do Ambasady w Warszawie. Budynek, mieszczący się przy ulicy Pięknej 12 wygląda jak zły sen emerytowanego architekta wojskowego. Najlepsze określenie to po prostu barak.

Budynek ambasady USA w Warszawie - prawda, że uroczy?



Pod wejściem, trzeba się panom ochroniarzom wylegitymować paszportem. Pan ochroniarz dodatkowo poucza czekających w kolejce o konieczności wyłączenia telefonów komórkowych. W środku jak na lotnisku (tylko samolotów brak). Telefony, plecaki, sztućce, noże, bomby, broń, szczoteczki do zębów i inne niebezpieczne narzędzia zostawia się u pracowników ochrony w zamian za numerek.


Dalej prowadzona jest selekcja. Do USA mogą wjechać tylko najbardziej wytrwali. Kandydat musi wytrwać siedem ciężkich prób. Nie każdemu się udaje.


1. Próba wytrzymałości: wyczerpująca wędrówka na koniec dłuuuuuuuugiego korytarza.

2. Próba asertywności: meldunek u dwóch kusząco pięknych pań, które sprawdzają czy przynieśliśmy wszystkie dokumenty (nie wiem co one tam tak na prawdę robią bo i tak później jest dodatkowa kontrola).

3. Próba inteligencji: rozkminka, które drzwi prowadzą dalej. W ostateczności, panie pomogą ale.....

4. Próba siły: otwarcie masywnych drzwi wymagające siły tytana i przejście do supertajnej podziemnej poczekalni wyglądającej trochę jak lotniskowa i spełniającej dodatkowo funkcję schronu atomowego; ustawienie się w kolejnej kolejce do kolejnej rejestracji.

5. Próba ciała: kolejna rejestracja i skan odcisków wszystkich palców u rąk (nogi są nieistotne). Palców należy posiadać 10. W przypadku posiadania mniejszej ilości palców, mogą odmówić wjazdu do USA. Dodatkowo, jesteśmy informowani o konsekwencjach składania fałszywych zeznań więc palce muszą być koniecznie nasze. Nie wolno przynosić do ambasady cudzych kończyn bo może się to skończyć w sądzie. Po weryfikacji danych, w komputerze, podczas której całe życie przebiega przed oczyma, odbiera się specjalny numerek.

6. Próba wytrwałości: oczekiwanie iw poczekalni z dwoma wyświetlaczami LCD puszczającymi w kółko te same filmiki i grającymi tą samą muzyczkę. Kandydat może dodatkowo umilić sobie czekanie sięgając po jedną z broszurek o tematyce propagandowej.  W tym momencie, zacząłem mieć wątpliwości - ale przelew już niestety poszedł. Gdyby nie te 140 USD, pewnie już odpadłbym z próby.

7. Próba umiejętności interpersonalnych: rozmowa z konsulem - konsul siedzący za kuloodporną szybą zadaje sobie pytania a my musimy na nie odpowiadać. Do rozmowy nie trzeba się w ogóle przygotowywać bo konsul nie zadaje nam pytań z fizyki kwantowej tylko po prostu chce poznać nas lepiej. 
Poczułem się podczas rozmowy jak na egzaminie. Dodatkowo, znów życie zaczęło przebiegać mi przed oczami gdy pani konsul oglądała informacje o mnie w komputerze. Przydzielili mnie do okienka, w którym siedziała pani o tęgiej minie, po której wywnioskowałem, że zbyt łatwo nie będzie. Zapytany o cel podróży, odpowiedziałem zgodnie z prawdą - podróż dookoła świata i USA po drodze. Nie wykazałem się specjalnymi więzami z krajem, powiedziałem szczerze, że nie mam żadnych sprecyzowanych planów, że wszystko będzie spontaniczne i jadę po prostu przed siebie i.......

usłyszałem, że wiza przyjedzie do mnie w ciągu pięciu dni roboczych. Po usłyszeniu werdyktu, byłem wolny - mogłem wyjść spowrotem na powierzchnię, odetchnąć świerzym powietrzem i cieszyć się pięknymi widokami Warszawy.


                                                  Komuno wróóóóćććć (błagam!). :-)
Kurier z DHL zadzwonił do drzwi już w poniedziałek, czyli - biorąc pod uwagę Boże Ciało po drodze, paszport był u mnie w ciągu trzech dni roboczych.Obok wizy istnieje żółta karteczka (ooooops... czyżbym coś nie tak powiedział?) z informacją, że jak coś zbroję to mnie więcej nie wpuszczą a tak w ogóle to wiza to tylko promesa i i tak mogą mnie nie wpuścić. Pozostaje liczyć tylko na dobrą wolę pograniczników :-). 


US Visa - ciężej jej nie dostać niż ją dostać; ciekawe co oznaczają dwie gwiazdki pod zdjęciem :-).


Wizy - Pakistan

Z wizą do Pakistanu wiąże się wiele tajemnic i niespójności. Strona ambasady nie wygląda zachęcająco ponieważ nie da się na niej znaleźć najważniejszych informacji, z formularzem wniosku włącznie.

Na chwilę obecną, żadna z polskich agencji nie pośredniczy w wyrabianiu wizy turystycznej (biznesową można uzyskać ponoć bez problemu po przedstawieniu stosownych dokumentów i nie trzeba stawiać się w placówce osobiście). Podróżnicza legenda głosi, że za stan rzeczy częściowo odpowiada nasz polski MSZ, który zasugerował Ambasadzie wstrzymanie wydawania wiz turystycznych dla Polaków. Cóż, na stronie MSZu faktycznie widnieje ostrzeżenie o omijaniu Pakistanu szerokim łukiem jednak nie sądzę, żeby mogli oni maczać w tym palce.Pewne jest to, że w Sost na przejściu Khunjerab Pass, można dostać wizę turystyczną przy wjeździe (VOA) od strony Chin.

Dzwoniłem żeby zapytać się czy jest szansa. Pani w ambasadzie, starsza kobiecina, bardzo miła. Odpowie na każde pytanie z taką manierą w głosie, że nie można by było mieć do niej pretensji nawet gdyby żywcem podcinała gardło:

Pani: Ale o jaką wizę chodzi?
Ja: No..... turystyczną oczywiście
Pani: Nie wystawiamy
Ja (drążąc temat): Ale w ogóle nie ma szansy?
Pani: Pan przyjdzie, przyniesie dokumenty i zobaczymy.



Naszykowałem więc pliczek potrzebnych dokumentów. Jedna z agencji powiedziała mi, że potrzebne są 4 kopie 5-stonicowego wniosku. W praktyce, przyjęli tylko jedną i dwa zdjęcia (ale lepiej mieć zapas jakby się mieli czepiać).Dokumenty, które naszykowałem to:


  1. paszport
  2. 2 zdjęcia
  3. 4 kopie wniosku
  4. zaproszenie z firmy pakistańskiej (Lost Horizon Trek and Tours) za 25USD
  5. plan podróży
  6. zaświadczenie o zatrudnieniu po angielsku
  7. zaświadczenie o zatrudnieniu po polsku (na wszelki wypadek)
  8. ksero dowodu osobistego
  9. wydruk rezerwacji biletów lotniczych ze strony eSKY.pl
  10. ksero legitymacji ITIC
  11. wydruk z konta bankowego za ostatnie 3 miesiące


Najprościej rzecz ujmując, ponieważ na polskiej stronie ambasady z ciekawszych informacji znalazłem linki do Top Model i Miss Internetu, po informacje nt. co trzeba przygotować poszedłem na stronę ambasady Pakistanu w UK. Do tego dodałem założenie, że im więcej papierków tym lepiej i efekt wyszedł taki jak na zdjęciu poniżej:


Dla chcącego nic trudnego - wiza pakistańska.




Sama wizyta przebiegła w miłej atmosferze:
Pan Konsul: What can I help?
Ja: Good afternoon Sir, I'd like to submit my documents for a visa.
Konsul: Oh yes, show me.
Ja: Here's my form, heres my (...) and here's my invitation, Sir. 
Konsul: Good but where's your invitation from the Ministry of Tourism??
Ja: But I'm not going trekking, Sir. 
Konsul (ze zdziwioną miną): No trekking?
Ja: Honestly - no trekking, just sightseeing, Sir.
Konsul: Oh, I see.  


Po czym, po wniesieniu opłaty "jedynie" 168zł, zniknął za okienkiem na pół godzinki (chyba akurat musiał kogoś wysłać po długopis do wypisania kartioczki) i wrócił z kwitkiem na paszport. Przy drugiej wizycie po prostu odebrałem dokumenty i Pan życzył mi miłego pobytu w Pakistanie. Swoją drogą, jak objaśniał mi jak rozumieć każde pole w wizie, nie wierzyłem własnym oczom co widzę! Słowem, nie taki diabeł straszny jak go malują.

UWAGA!
W wizie są określone daty od do i długość pobytu. Wiza jest ważna na wjazd do dnia znajdującego się w polu "Good for journey up to" i np 30 dni pobytu. Oznacza to, że jeśli moja wiza jest ważna do 7/9/2011 to mogę wjechać maksimum 7/9/2011 i przebywać na terytorium Pakistanu do 30 dni.



Przydatne linki:


Strona ambasady: http://www.pakembwaw.com.pl/

Adres ambasady
Ambasada Pakistanu w Polsce
Ambasada Islamskiej Republiki Pakistanu
ul. Starościńska 1 m.1-2, 02-516 Warszawa
tel. (0-22) 849 48 08, 849 49 38
fax (0-22) 849 11 60

Wizy - Chiny

21 kwietnia 2011. Piękny, słoneczny i ciepły poranek. Dzień po imprezie, na którą wyciągnęła mnie moja grupa dorosłych (Monika, Dorota, Bartek, Marcin, Kamil i Dawid). Sama młodzież więc impreza udana. Niestety rano budzik nie zdołał wyrwać mnie ze snu na czas. Godzina 7.00, autobus do Warszawy miałem o 6.55, sekcja wizowa czynna od 9.00 do 11.00 a ja muszę jeszcze znaleźć ambasadę.  Jeszcze nie wszystko stracone, pomyślałem i zacząłem się powoli szykować na inny autobus. Z pomocą przyszła mama, która wychodziła akurat do pracy mówiąc „Zawiozę Cię na stację wcześniej bo czasem na stanowisko podjeżdżają ludzie jadący do pracy w prywatnych autach i oferują przejazd”. Niewiele się zastanawiając, rzuciłem żeby mnie wywiozła na trasę. Nie zjadłem nawet śniadania a paczkę fajek odkupiłem od ojca, który kopci jak lokomotywa i zawsze ma zapas.

Stanąłem z wystawionym kciukiem zaraz obok tabliczki z odległością Warszawa 105 i udało mi się dojechać na dwa skoki, z których ostatni wyrzucił mnie po ostrym hamowaniu z piskiem opon pod samą ambasadą. W środku produkcja taśmowa, złożenie wniosków poza kolejką, odbiór – trzeba trochę postać.

Złożyłem wniosek, w którym zaznaczyłem opcję 6 miesięcy, 2 wjazdy, 30 dni pobytu i paszport. Do wniosku dołączyłem zdjęcie, wydruki rezerwacji biletów samolotowych, których dokonałem na stronie http://www.ewings.pl oraz wydruki rezerwacji hoteli ze strony http://www.travelchinaguide.com.
Rezerwacji można dokonać gratis nie podając numeru karty płatniczej ani danych dostępu do konta. Wszystko robiłem w nocy ok. 3 rano. Nie chcialo mi się zbytnio myśleć a rozłożone obok komputera łóżko nawoływało. Wpisałem więc po jednym hotelu na każdy tydzień pobytu.

Beznadziejna biurokracja i gra pozorów – czy oni w ogóle kontrolują czy ktoś faktycznie będzie siedział w jednym miejscu cały tydzień a później magicznie przeskoczy na drugą część kraju? Na szczęście tutaj nie było problemów i odbiór paszportu wraz z naklejką nastąpił planowo po równym tygodniu. Do ambasady zabrałem kwitek na paszport i dowód wpłaty kwoty 220zł. Niestety nie załapałem się na czasy kiedy wiza do Chin był darmowa.


Wiza Chińska już w paszporcie.

Przydatne linki:

1. Ambasada Chińskiej Republiki ludowej: http://www.chinaembassy.org.pl
3. Darmowe rezerwacje biletów lotniczych: http://www.esky.pl
4. Darmowe rezerwacje hoteli: http://www.travelchinaguide.com