wtorek, 30 stycznia 2018

Hong Kong - Kolejna wizyta w miejscu schadzek.

Hong Kong - Kolejna wizyta w miejscu schadzek.


Galian, Szisza, Nargila, Hubble bubble, czy po prostu fajka wodna, zupełnie nie przypadła mi do gustu. Jak dla mnie ten wynalazek jest trochę jak piwo - idealny do towarzyskich spotkań, ale nie jakoś specjalnie wciągający żeby samemu po niego sięgać. Dym, mimo, że smakowy, w ogóle nie drapie w gardło - ot, taki sobie, ładnie wyglądający piecyk do puszczania chmurek półleżąc wygodnie na mięciutkich poduchach. Kiedy w Iranie zwierzyłem się z tego egzystencjonalnego problemu znajomemu, ten z hafeskim przekonaniem odparł, że jeśli coś nam się nie podoba za pierwszym razem, trzeba spróbować ponownie i wtedy dopiero wyrobić sobie właściwe zdanie.


Mimo wielu prób, nadal nie mogę się przekonać do fajki wodnej.

O ile o Galianie, opinii nie zmieniłem, o tyle, okazało się, że Pooyan miał jednak rację. Jego uwaga, przypomniała mi się kiedy, wraz z Nowym Rokiem, zbliżał się koniec mojego nieformalnego kontraktu w Chinach. Zastanawiałem się co dalej - czy zostać jeszcze trochę, czy może spakować manatki i wynieść się gdzieś, gdzie słońce mocniej świeci. Wątpliwości rozwiało mi kilku uczniów ze szkoły średniej, którzy odprowadzając mnie jednego zimnego dnia do domu uraczyli mnie barwnymi opowieściami o Chińskim Nowym Roku. Sęk w tym, że moja wlepka kończyła się 11 stycznia, a w tym roku, Święto, którego obchody trwają cały miesiąc, a najbardziej hucznie świętuje się przez tydzień, przypada na 23 stycznia. Być tak blisko takiej okazji i ją przepuścić byłoby głupotą. Musiałem tylko skombinować nową wizę chińską. W tym celu, udałem się do Hong Kongu...... po raz drugi.


W Hong Kongu, panuje istnie eklektyczny nastrój świąteczno-noworoczno-chińskonoworoczny.
 Kilka dni przed wycieczką, na samo słowo Hong Kong, reagowałem objawami grypopodobnymi i nudnościami. Za pierwszym razem, dzięki wysokim zarobkom, szerokim możliwościom, stopniem zaawansowania technologicznego i niskiemu bezrobociu, to miejsce wydało mi się być idealne do pracy i spokojnego życia w nadto poukładanym i ograniczonym przez surowe reguły społeczeństwie, ale zupełnie beznadziejne do podróżowania. Okazało się, że musiałem wybrać się tam drugi raz żeby odkryć eklektyczne piękno jednego z kosmopolitycznych SARsów.


Hong Kong, wcale nie jest taki zły.

Ponieważ robiłem tylko kolejny skok wizowy tam i spowrotem i zależało mi na czasie, zdecydowałem się jechać pociągiem. Zdając sobie sprawę z okresu świąteczno-noworoczno-chińskonoworocznego, bilet zarezerwowałem sobie tydzień wcześniej. Czekając w długaśnej kolejce na stacji w Yangchun, przypomniało mi się, że zapomniałem odrobić pracę domową i powtórzyć słówka z kategorii "stacja kolejowa", rozdział "kupowanie biletu i proszenie o tańszy". W ten sposób, dzięki moim wrodzonym umiejętnościom komunikowania się używając każdej znajdującej się pod ręką części ciała, oraz chęci niesienia pomocy pana siedzącego w kasie, udało mi się zarezerwować miejsce w interesującym mnie pociągu, przy okazji wyprowadzając całkowicie z równowagi grupkę kolejkowiczów czekających za mną. Niestety, według biletu, moja trasa kończyła się w Guangzhou. Jednak ze stolicy Kantonu, droga do granicy już niedaleka.
 
Na wypadek jakbym nie dostał wizy chińskiej, spakowałem do plecaka wszystko co najważniejsze i najpotrzebniejsze. Właściwie, odmowa nie wchodziła w grę bo, poza przejazdem przez Chiny, nie miałem żadnego alternatywnego planu na dalszą drogę. Po trzech miesiącach siedzenia w miejscu, wrzucając do worka cały mój życiowy dobytek, czułem się jak młody skaut, pierwszy raz wybierający się na obóz.

Jak przystało na nocny pociąg, całą drogę do Guangzhou, przespałem. Nie wychodząc ze stacji, kupiłem bilet na szybką kolejkę do  Shenzen (pomiędzy Guangzhou a Shenzen, nie kursują inne pociągi). Kupując bilet trzy minuty przed odjazdem, zamiast 80 juanów, zapłaciłem tylko 45. Niestety, bilet musiałem wymienić bo zaraz po wejściu do pociągu i rozgoszczeniu się w wagonie restauracyjnym, w którym poprosiłem o kubek ciepłej wody do przygotowania sobie kawy, którą miałem w torbie podeszła do mnie ciekawie wyglądająca dziewczyna.

- Mówisz po angielsku?
- Tak
- A mógłbyś mi to przetłumaczyć?
- Ale po chińsku nie mówię. Co potrzebujesz?
- To jest metro?
- Nie to jest pociąg do Shenzen, a gdzie jedziesz?
- Na lotnisko.
- O której masz lot?
- O dziesiątej.

Było chwilę po 8.00. Desperacki ton zdania "Na lotnisko" i zbliżająca się z prędkością światła godzina odlotu, zmusił mnie wręcz do włożenia palucha w zamykające się drzwi pociągu i ignorując krzyki konduktora wyskoczenia z nią ze składu, który powoli zaczął już ruszać. Mimo, że nie znałem Guangzhou, wydawało mi się, że co dwie głowy to nie jedna. Udało się nam bardzo szybko odnaleźć linię jadącą na lotnisko i odpowiednie wejście. Następnie, wzorem znajomych z prowincjonalnego Jangchun, wepchnąłem się na początek kolejki do automatów biletowych i kupiłem plastikowy żetonik na przejazd. Pomoc, okazała się jak najbardziej zasadna. Shefteh, studiująca w Malezji, pochodziła z Iranu. Co jak co, ale biorąc pod uwagę gościnność Persów, trzeba odpłacać się im przy każdej, najdrobniejszej okazji. Mimo czasu, którego miałem pod dostatkiem i świeżo zaparzonej kawy, nic nie straciłem - niewykorzystany bilet na pociąg w Chinach, można za drobną dopłatą wymienić na nowy lub zwrócić. Nie wiem jaki jest na to limit czasowy - na pewno nie wolno z tym zwlekać 10 lat, ale nawet średnio-bystra osoba w ciągu najwyżej kilku dni jest w stanie się połapać, że jest nie w tym miejscu, w którym być powinna.

Na moje szczęście, nie musiałem nawet błądzić w Shenzen - po nieco ponad godzinie jazdy, pociąg wtoczył się na stację LoHu (LoWu), zaraz obok przejścia granicznego. Pozostało mi tylko złamać jedną zasadę - 19 papierosów........ jeh, rajt. Kto by się tym przejmował? Zanim doszedłem do odprawy, na wielkim, nowoczesnym, przygranicznym targowisku wyglądającym jak strefa wolnocłowa, moją 15-sztukową paczkę uzupełniłem o dodatkowe 100 paluszków tytoniowych, które, w myśl zasady, że najciemniej jest pod latarnią, wrzuciłem niedbale do torby. Nie było to żadne dokonanie, żaden rekord, żaden występek, tylko zwykłe, niewinne nagięcie przepisów. Pięć paczek papierosów w Chinach, kosztowało mnie tyle co pół paczki w Hong Kongu.
Bezstresowe i bezproblemowe przekroczenie granicy, zajęło mi ponad dwie godziny. Nie dlatego, że tunel na drugą stronę, ciągnął się tym razem w nieskończoność, ale dlatego, że jak na złość, akurat tego dnia, wszyscy, po długim weekendzie, postanowili sobie wrócić do domów.
W Hong Kongu, czekała na mnie Ada - dyrektor internatu jednej ze szkół w Yuen Long z Lucą z Bologni, ciepłym obiadem i napiętym planem na nadchodzące popołudnie. Ada rozmyła moje nadzieje załatwiania roboty papierkowej w poniedziałek. Drugi stycznia był tutaj bowiem dniem wolnym dlatego, że Nowy Rok wypadł w tym roku w niedzielę. Jak na dzień wolny przystało, spędziliśmy go całkowicie oddając się relaksowi. Ada zabrała nas na wycieczkę po świątyniach i jak mogła, mimo swojej antyreligijności, streściła mi filozofię i obrządki buddyjskie i taoistyczne. Właśnie w jednej ze świątyń przeszła mi przez głowę myśl, że Hong Kong to nie tylko kraina labiryntów i drogich papierosów, ale i kosmopolityczna mieszanka stylów, w której starożytność, przeplata się z nowoczesnością, a dzięki supergęstej zabudowie, czasoprzestrzenną wycieczkę można sobie zorganizować w kilka minut. Luca, czekający na lot do Tajlandii, podsunął mi pomysł co zrobić w razie gdyby powinęła mi się noga przy uzyskaniu wlepki do Chin.
  

Hong Kong to miejsce, gdzie nie trzeba się daleko ruszać by znaleźć odskocznię od codzienności. Po pracy wysokim biurowcu, w kilka chwil można udać się do zielonej oazy spokoju lub zatłoczonej i głośnej dzielnicy rozpusty.

We wtorek, udałem się do konsulatu Chin z uprzednio uzupełnionym wnioskiem i zdjęciami na niebieskim tle. Koszt uzyskania wizy to 570 hkd, plus dodatkowe 300 za tryb ekspresowy (wiza gotowa na drugi dzień). Ja, miałem jedynie 4 dni na załatwienie dwóch wiz, więc ani jedna, ani druga opcja mi się nie podobała. Poza tym, bardzo zniechęciła mnie informacja o następującej treści na stronie Konsulatu:
 
Visa applicants are increasing in a large number and need longer waiting
time in the visa office recently. If you don't reside or work in Hong Kong

permanently, you are required to apply Chinese visafrom the Embassy
or Consulate-General of Peoples' Republic of China in your resident
country. You are welcome to China for tourism, business and visit .

Czyli wychodziłoby na to, że w razie odrzucenia wniosku, straciłbym nie tylko 870 dolarów, ale dodatkowo 4 dni w bardzo drogim Hong Kongu.
 
Skontaktowałem się z wyszperaną wcześniej w Internecie agencją Forever Bright, w której obiecują uzyskanie wizy w kilka godzin za ok. 800 hkd, ale pod warunkiem, że zmieści się w wyznaczonym czasie z dostarczeniem paszportu. Wizy turystyczne gotowe na ten sam dzień wystawiane są w PSB w Shenzen i maksymalnie można uzyskać dwa wjazdy i 90 dni pobytu, przy 90 dniach ważności wlepki. Nie wiem jak oni to robią. Próbując dociekać szczegółów, w biurze dowiedziałem się, że tylko firmy mogą aplikować o taką wizę. Poza tym, trzeba znajdować się poza terytorium Chin - nie jest to więc przedłużenie, mimo, że graficznie jak przedłużenie wygląda. Nauczyłem się jednak, nie próbować na siłę zrozumieć chińskiej biurokracji, tylko najzwyczajniej w świecie się jej podporządkować. Potwierdzili mi, że jeszcze mogę załapać się na wizę tego samego dnia. Przejechałem więc szybko z Wan Chai na Kowloon, odszukałem pieszy korytarz prowadzący do budynku New Mandarin Plaza, wejście do Wieży B i właściwą windę prowadzącą do biura. W Hong Kongu, przez to, że rozwój terytorialny odbywa się w kierunku pionowym, szukając drogi, trzeba nie tylko znaleźć budynek, ale prowadzący do niego pieszy korytarz - podziemny, naziemny czy nadziemny, połapać się którym wejściem wejść, oraz, która winda zaprowadzi nas w interesujące nas miejsce. W wielu przypadkach jest tak, że do jednego budynku da się przejść tylko z innego, albo koniecznie trzeba skorzystać z pasażu w centrum handlowym. Znów wyobraziłem sobie architektów jako szalonych naukowców, prowadzących eksperymenty na szczurach szukających w labiryntach kawałka sera.


Zdjęcie z jednej ze stacji metra. Hongkończycy najwyraźniej przyzwyczajeni są do życia w ścisku - prawie wszyscy tłoczą się pod ścianą mimo sporej ilości miejsca po środku. Za kolumną jest przejście do korytarza po lewej stronie.

W agencji, wypełniłem osobny, jednostronicowy wniosek, zupełnie inny niż ten, który można pobrać ze strony Konsulatu, zostawiłem paszport, jedno zdjęcie i..... udałem się na spacer po promenadzie Tsim Sha Tsui, z której miałem idealny, lecz nieco mglisty, widok na  panoramę Hong Kong Island - komercyjnego centrum Hong Kongku.


Promenada Tsim Sha Tsui pachnie Wenecją i oferuje widok na panoramę komercyjnego Hong Kong Island.

Przeszedłem się po Alei Gwiazd, na której, dzięki znajdującej się w pobliżu wody, zapach przypomina Wenecję. Odszukałem na chodniku gwiazdy należące do pochodzących z Hong Kongu Bruce'a Lee, i Jackie Chana (innych hongkońskich aktorów nie znam) i połaziłem po centrach handlowych, w których, mimo zbliżającego się Chińskiego Nowego Roku, nadal roiło się od dekoracji świątecznych.


Duma Chińczyków i jeden z najsłynniejszych azjatyckich aktorów Hollywood, wychował się w Hong Kongu.
 W Hong Kongu, każdy czas jest dobry na zakupy. Kto wie? Może w którejś z odległych galaktyk, Święta dopiero za pasem?  Możliwe, że wieczorami przylatują tutaj goście z innych planet by pomóc Świętemu Mikołajowi w wyborze prezentów. Z uwagi na bardzo wysokie koszty transportu, nie widział mi się powrót do internatu szkoły Ady i wycieczka spowrotem na Kowloon po wizę. Kręciłem się więc po jednej okolicy do samego wieczora, podziwiając jak, wraz ze zmianą pory dnia, diametralnie zmienia się wygląd otoczenia. Chwilę przed 18 wróciłem do biura FTB. Odbierając paszport, przeżyłem miłe zaskoczenie - wiza nie kosztowała mnie 800 hkd, ale 700 hkd, co i tak było dość wysoką ceną. Na szczęście, po pierwsze była to niższa cena niż w Konsulacie, a po drugie, pieniądze na wlepkę chińską dostałem przed wyjazdem od Laury. 


W niektórych miejscach, wydawać by się mogło, że Święta dopiero za pasem. Może potencjalni klienci z którejś z galaktyk dopiero szykują się do Bożego Narodzenia?

Następnego dnia, już wiedziałem, że uda mi się wyrobić wizę do następnego kraju - Wietnamu przed nadejściem weekendu bez żadnych problemów. Spokojnie więc, przejechałem do klaustrofobicznie ciasnego Wan Chai. Przeciskając się przez panujący na chodniku tłok, nie mogłem znaleźć właściwego budynku. Po znalezieniu odpowiedniej ulicy, kręciłem się przez ponad pół godziny tam i spowrotem. Spodziewałem się, że pod nazwą Great Smart Tower będzie krył się jakiś wysoki, wyróżniający się z otoczenia drapacz chmur. Nomen nie okazał się jednak w tym przypadku omenem gdy, w końcu, dojrzałem niepozorną tabliczkę z nazwą budynku.


Współczuję listonoszom obsługującym Wan Chai.

W środku, miła pani recepcjonistka, pokazała mi drogę do właściwej windy i sama, w obawie, że nie znam liczebników, nacisnęła przycisk "15". Trochę obawiałem się, że nie mam żadnych dokumentów oprócz wniosku, paszportu i zdjęć. Tym bardziej, że pod hasłem Vietnam Visa, google pokazuje strony agencji ściągające niebotyczne kwoty za pośrednictwo, a informacje zawarte na stronach ambasad, dotyczą głównie wiz uzyskanych na lotnisku i są bardzo mało szczegółowe. Na szczęście, mimo że mój uprzednio przygotowany wniosek różnił się od tego leżącego na biurku w Konsulacie, wizyta okazała się znów bezproblemowa i po 30 minutach, lżejszy o 300 hkd (na stronie podana jest zupełnie inna cena - 500) miałem już wlepkę w paszporcie. 


Już niedługo - kierunek Viet Nam!

Kolejne dni, spędziłem z Luką, Adą i uczniami jej szkoły w internacie. Nie chciało mi się już robić żadnych wycieczek objazdowych po miejscu schadzek. Do Hong Kongu, przyjeżdża się albo w interesach, albo na zakupy, albo wyrabiać wizy. Jest wygodnie, bo pod ręką znajduje się się wiele ambasad i konsulatów. Dodatkowo, do zbyt częstego wychodzenia na zewnątrz, zniechęcił mnie gwałtowny spadek temperatur z 20-kilku do 15 stopni Celsjusza, którzy przy chłodnym wietrze sprawiał wrażenie jakby był środek zimy. Wychylałem się tylko na targ i spowrotem w celu zakupu kokosów. W Hong Kongu, za 12-15 hkd można kupić 4 żółte, pełne świeżego soku kokosy, które oprócz witamin i minerałów, idealnie zaspokajają pragnienie i, znanego z reklamy jogurtów małego głoda. Okazuje się, że w tym wypadku, Matka Natura daje o wiele tańsze źródło płynów niż jakikolwiek supermarket - mała butelka wody mineralnej kosztuje minimum 5hkd. O wiele bardziej, opłaca się kupić na ulicy kokoska, poprosić o słomkę, wypić sok i środek zostawić na później. 

Wracając do Chin, przeliczyłem wolne strony w paszporcie. Przez to, że w Warszawie aplikowałem tylko o łączne 60 dni pobytu w Chinach i konieczność uzyskania dwóch przedłużeń na miejscu, zrobiło się ich strasznie mało. Na wymianę paszportu za granicą czeka się około 8 tygodni. Nie mam pojęcia, ile to kosztuje i jak ma się sprawa z uzyskaniem wizy i stempla wjazdowego do kraju, w którym już się jest. Musiałem więc poprosić chińskiego funkcjonariusza o wbicie stempla obok innych, a nie na pustej stronie obok wizy. Jakież było moje zaskoczenie, gdy miły pan w okienku po sprawdzeniu czy paszport zgadza się z osobą nim legitymującą i wklepaniu do komputera numeru wizy, przeszperał książeczkę i wstemplował mnie obok pieczątek irańskich i irackich, znajdujących się w zupełnie innym miejscu niż wlepka.


Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej - nawet gdy ten dom jest tymczasowy :-).

Do Jangczun, wróciłem bezproblemowo w chłodny sobotni wieczór. Został mi miesiąc w Chinach, podczas którego, pracować będę tylko przez 4 dni po dwie godziny. Resztę czasu poświęcę na przygotowania do dalszej drogi i  świętowanie tego, po co tutaj znów przyjechałem - Chińskiego Nowego Roku.


Czerwone lampiony - czyli Nowy Rok się powoli zbliża.

Multikulturowe Święta 4-D.

Multikulturowe Święta 4-D.


Traktując czasoprzestrzeń jak plastelinę, można np. przeżyć dwa dni w minutę.
  
Boże Narodzenie to taki czas, kiedy człowiek dochodzi do pewnych wniosków. Ja, po raz kolejny uświadomiłem sobie między innymi, że nie ma granic, a wszystkie ograniczenia czasowe, przestrzenne, rasowe, płciowe czy biurokratyczne nakładamy na siebie sami. Mało tego, niektórzy, na siłę próbują nas przekonać, że coś, co w istocie jest bułką z masłem, jest zupełnie niemożliwe.

Granice i ograniczenia istnieją tylko w naszych głowach.

Stresu związanego z przygotowaniami nawet nie odczułem. Choinkę ubrałem na dwa dni przed Wigilią, prezenty również kupiłem i zmodyfikowałem odpowiednio wcześniej, a specjalne sprzątanie i pucowanie wszystkiego na błysk sobie darowałem. Już na ostatnich zajęciach w przedszkolu, gdy dostałem życzenia i kartki Świąteczne, od osób nieświętujących, poczułem, że w tym roku, Boże Narodzenie będzie wyjątkowe. Duch Świąteczny, którego poczułem gdy tylko zacząłem dekorować moje drzewko, sprawił nawet, że pozytywnie zdemotywowany tym, że moje tanie, własnoręcznie robione kartki do nikogo nie doszły, wysłałem paczkę charytatywną za bardzo nieprzyzwoite pieniądze.


Patrząc na rzeczy hand-made, etykietka MADE IN CHINA, nagle zmienia swoje znaczenie.

Jak to z przeczuciami bywa, nie myliłem się. W wigilijny poranek, zwlekłem się leniwie z łóżka, wziąłem szybki prysznic i poszedłem do..... pracy. Mogłem co prawda wziąć wolne. Problem w tym, że chociaż dzięki dobrym układom z szefową, prawa pracownika mam nawet większe niż większość, to jednak nie posiadam żadnych uprawnień zwykłego, szarego obywatela. Lekcje trzebaby było odrobić a mnie ogranicza czas przyznany na wizie. Nie chciałem składac pustych gwarancji nie mając kolejnej wlepki. Zresztą, co to za praca - 4 godziny w ciągu dnia? Nie były to jednak zwykłe zajęcia. To była mała, grupowa wigilijna impreza z jedzeniem, śpiewaniem świątecznych piosenek i robieniem świątecznych kartek. Ja się zbytnio nie napracowałem a uczniom strasznie się podobało - dla nich to trochę jak podróżowanie bez ruszania się z miejsca. Miło było patrzeć jak ci, którzy na ogół Świąt nie obchodzą, nagle łapią świąteczny nastrój.


Kartki - kupić czy zrobić? Zrobić!

Wieczorem przyszła pora właściwego świętowania. Gdy tylko zaświeciła pierwsza gwiazdka, poszliśmy z kilkoma osobami do kościoła. Zaczęły się jasełka i koncert chóru trwający ponad trzy godziny. Wszystko przygotowane na tip-top. No, prawie wszystko..... Silent Night po angielsku i po chińsku w wykonaniu Pana Whyetta, Lisy, Laury i moim było, delikatnie mówiąc, nieco niedopracowane, ale i tak nikt się nie połapał. Czym byłaby tradycyjna, niecodzienna wigilia bez kolacji? Na krótko przed północą nikomu nie chciało się gotować 12 potraw. Dlatego, cała międzynarodowa rodzina, skusiła się na wigilię w jednym z hotelowych bufetów.



Tradycyjna mieszanka kulinarna.

Pomimo tradycyjnych potraw takich jak pierożki, nie jestem pewien czy czasem nie złamałem tradycyjnego postu. Przyzwyczaiłem się już, by jeśli coś jest mielone, nie pytać się o skład ani zawartość. Post, postem - jedni zachowują, inni nie mogą się powstrzymać, ale opłatek jest już obowiązkowy więc, jak dla mnie, musiał być. Kilka dni przed Świętami, udało mi się znaleźć muzułmańską knajpkę z wypiekanym kilka razy dziennie na miejscu chlebem. A, że chleb płaski i świeży, idealnie nadawał się do łamania i składania sobie życzeń. Po kolacji, tradycyjnym zwyczajem, obeszliśmy jeszcze kilka domów w celu ogrzania łapek ciepłymi kubkami herbaty i opróżnienia nadmiaru zapasów żywnościowych w lodówkach.


Nie ważne co i czym się je - ważne z kim się je.

Nieco później, poczułem się trochę jak Święty Mikołaj, który przez jedną noc, poruszając się w odpowiednią stronę z odpowiednią prędkością, zawsze jest w stanie odwiedzić wszystkie dobre i niedobre dzieci. Aż przypomniały mi się słowa jednej z niewielu piosenek, które znam od A do Z, gdzie w drugiej zwrotce pada "Good tidings to you, wherever you are". Czy jakby w miejsce "wherever", podstawić "whenever", wers nadal miałby sens? Jak najbardziej! Ani przestrzeń, ani czas nie są przeszkodą. Mając pod ręką powszechne nowinki technologiczne, można w mgnieniu oka teleportować się nie tylko w większość miejsc, na które akurat przyjdzie nam ochota, ale również swobodnie poruszać się czasie.


Przy odpowiednim wykorzystaniu ogólnodostępnej nowoczesnej technologii, można w mgnieniu oka przenieść się w dowolne miejsce w dowolny czas i w dowolny wymiar. Nasze możliwości, może ograniczać jedynie wyobraźnia (lub jej brak).

Tak też zrobiłem - parę minut po północy, gdy u mnie było już Boże Narodzenie, zadzwoniłem do rodziców, którzy dopiero wypatrzyli pierwszą wigilijną gwiazdkę. Dzięki tanim rozmowom VOIP, szybkiemu transferowi w Chinach i mojej dobrej wyobraźni, przez chwilę znalazłem się również w Polsce. Mimo, że barszczyk zjadłem, niestety, miski z kutią już się nie doczekałem. 


Pierwszy dzień Świąt, z pozoru wyglądał jak zwykła niedziela.

Pierwszy dzień Świąt był już bardziej wyluzowany. Właściwie to wyglądał on jak każdy inny, zwykły dzień aż do samego wieczora. Znów, pojawiłem się w kościele życzyć wszystkim świętującym Wesołych Świąt. Choć nie rozumiałem kazania, nie mogłem odkleić wzroku od kobiety za amboną. Z pozoru, wydałoby się to rzeczą niezwyczajną, ale po chwili coś mnie uderzyło. Przecież 25 grudnia to, było nie było, Boże NARODZENIE! Kto zaś, potrafi poruszyć tematy związane z porodem lepiej niż kobieta? Powierzenie świątecznej mszy przedstawicielce płci niezdecydowanej było zatem strzałem w dziesiątkę.


Kto może o RODZENIU wiedzieć więcej niż kobieta?

Nie rozumiem dlaczego kobiety w zachodnich kościołach i innych grupach społecznych są tak dyskryminowane. Mają, co prawda swoje humory, ale może gdyby to one rządziły światem, nie byłoby wojen. A jeśli już, to na pewno nie byłoby to zwykłe, proste pif-paf, tylko coś bardziej wyrafinowanego, eleganckiego i widowiskowego. Stawiam milion dolarów, że dekolt i krótka spódniczka Dody, na pierwszym spotkaniu dyplomatycznym z pewnym prezydentem, który hasło swojej kampanii wziął z kreskówki o pewnym budowniczym, załatwiłby nam ruch bezwizowy do USiA.


Kiedy nastaną takie czasy, że kandydaci będą mieli duże dekolty skrywające dyplomatyczny fortel zamiast stryczków na szyi, tez wybiorę się do głosowania.

Nieco po 17 stawiliśmy się u Pana Whyetta i jego żony na degustacji domowych wypieków. Ponieważ wszyscy jednoznacznie stwierdzili, że jedno z ciast jest przesłodzone, pozwoliłem sobie pobawić się w ratownika i uwolnić ich podniebienia od cierpienia. W ten sposób, dostał mi się zapas słodyczy na kilka dni. Kolejny świąteczny wniosek, który mi się nasunął to oczywista oczywistość: zbyt słodkie słodycze, podobnie jak zbyt gorzka kawa i krasnoludki nie istnieją.


Jak można nie lubić słodkich słodyczy?

Zaliczyliśmy też oficjalny, elegancki, Świąteczny bufet. Trzeba przyznać, że załoga jangczuńskiego międzynarodowego pięciogwiazdkowca bardzo się postarała. Tym razem, trafiła nam się podróż kulinarna po całym świecie - był anglosaski indyk, był zachodni chleb, było włoskie spaghetti, był barek francuskich win, a nawet, stara, dobra, turecka bahlava. Ale ani jedzenie, ani miejsce nie było ważne - istotne było tak na prawdę doborowe towarzystwo. Rozmawiając, jak to przy świątecznym stole bywa, o wszystkim i o niczym, nasunęło mi się pytanie dlaczego właściwie 26 grudnia zalicza się do Świąt Bożego Narodzenia?


Załoga jangczuńskiego pięciogwiazdkowca bardzo się postarała zabierając nasze podniebienia w szybką wycieczkę dookoła Świata zachodniego.

Odpowiedź sama przyszła 26 grudnia. Drugi dzień Świąt to dzień próżności kiedy rozciągnięte do granic możliwości żołądki muszą dojść do siebie. Trzeba również pobawić się nowymi zabawkami znalezionymi pod choinką. Nie byłoby rzeczą dobrą gdyby kierowca poszedł rano do pracy myśląc o nowym, rajdowym resoraku. Gdy tylko obudziłem się w poniedziałkowy poranek, który okazał się być wczesnym przedpołudniem, pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy to..... spaaaaaaaaać. Nie było co jednak spędzać w łóżku zbyt dużo czasu, zwłaszcza, że mój termofor gdzieś sobie poszedł. Trzeba było znaleźć sobie sposób na przebimbanie całego, na szczęście słonecznego, dnia.....


Drugi dzień Świąt to dzień spokojnej, leniwej próżności i nicnieróbstwa.

sobota, 27 stycznia 2018

Gdy choinka jest.....

Gdy choinka jest.....


Znów włączyli mi internet w domu i w wolnych chwilach, mogę posłuchać sobie onlajnowego, polskiego radia. Chociaż nie lubię Pearl Jamowego wokalu Piotra Kupichy, moje masochistyczne skłonności, sprawiają, że jedną z piosenek grupy Feel, słucham z przyjemnością. A, że w tym numerze jest coś niecoś o choince, przypomniało mi się, że Święta bez przystrojonego w bombki i, co tam innego pod rękę podejdzie drzewka to przecież nie Święta. W czasie, kiedy akurat słyszałem utwór, choinka już dawno stała u Pana Whyetta i nawet na ulicach można było dostrzec dekoracje Bożonarodzeniowe.
 
W Chinach, podobnie jak wydaje się wizy, które nie są wizami, ale nimi są, Świąt się nie obchodzi, i obchodzi zarazem. Obchodzą je tylko ci, którzy należą do mniejszości religijno-kulturowych, czyli chińscy chrześcijanie i mniej, lub bardziej wierzący ekspatrianci. Większość Chińczyków, jednak, zdaje sobie sprawę, że na zachodzie jest coś takiego jak Boże Narodzenie. Ponieważ zaś panuje moda na coca-colę, Chryslera i wszystko co zachodnie, świąteczne stroiki, można spotkać we wszystkich komercyjnych miejscach - supermarketach, księgarniach, hotelach, sklepach z kategorii "wszystko za juana", a nawet salonach fryzjerskich. Niestety, oprócz wyglądu, nie ma w nich nic Świątecznego. Prawda jest taka, że Chińczycy właśnie żyją już Nowym Rokiem, a w miejscach, gdzie dekoracje zmienia się z dnia na dzień, każdy sposób jest dobry by przyciągnąć klienta. Trochę to przypomina obchody i tradycję Halloween w Polsce.


Można wierzyć lub nie, ale dekoracji Bożonarodzeniowych w Chinach pod dostatkiem. Sęk w tym, że tutaj, podejście do Świąt przypomina podejście do Halloween w Polsce.

Przez chwilę pomyślałem sobie, czy jest sens dekorować drzewko, skoro tyle ich dookoła. Szybki natłok myśli podpowiedział mi: TAK. Po pierwsze, jest to tradycja pochodząca już z XV wieku. Po drugie, według legend, związana jest ona z Adamem i Ewą, a ci żyli przez chwilę w Rajskich Ogrodach, które nie mogły być nigdzie indziej jak w okolicach Bagdadu. Zatem, choinka, oprócz skojarzeń z Wigilią, mogłaby mi dać małą namiastkę Bliskiego Wschodu. Problem tylko w tym, że jak cały Guangdong długi i szeroki, do tej pory, nie wpadł mi w oko odpowiedni iglak, którego mógłbym użyć na swoje świąteczne potrzeby. Iglaków, co prawda kilka tutaj jest, ale albo rosną nie w tą stronę co trzeba, albo trzeba by się na nie wdrapywać by je udekorować. Co prawda, mogłem kupić plastikowe drzewko. Ba - mogłoby ono być już nawet przyozdobione, ale dlaczego miałbym mieć to samo co inni? Prawdziwa choinka ma być naturalna i wyjątkowa i koniec!

Co prawda, zajęło mi to dwa dni - głównie przez to, że wszyscy jakoś w ostatnich tygodniach świętowali i co chwila mnie gdzieś wyciągali. Muszę przyznać, że dekorowanie choinki tak, by była wyjątkowa to fajna zabawa. Użyłem jedną z endemicznych, jak mi się po grubości liści wydaje, roślinek stojących w ogródku. Pierwsza koncepcja była taka, żeby udekorować wszystko na biało. Zaraz, zaraz - skoro robimy rajskie drzewko to ma być też kolor czerwony. Biało-czerwono? Zbyt patriotycznie. Wymyśliłem, że jednak będzie kolorowo. W sklepie "wszystko za juana", kupiłem łańcuchy i bombki - jak się okazało niezniszczalne. Sprawdziłem i mogą wytrzymać do 4 upadków na ziemię odbijając się przy tym jak piłeczka kauczukowa. Co prawda tego samego uroku co wydmuszki z cieniutkiego szkła nie mają, ale mają dwie zasadnicze zalety: oszczędzają problemów tworzonych przez grawitacje i gibanie się przeciążonych drzewek na wszystkie strony i.... są tanie.

Ponieważ liście mojego drzewka są długie i rozłożyste, zakrywały wszystko co by się pod nimi podwiesiło. Na szczęście, przypomniała mi się choinka za moim oknem, która rośnie do góry nogami. Czemu bombki podwieszać pod spodem, skoro lepiej się prezentują na wierzchu?

Jak mieszanka to mieszanka - trzeba było dodać coś chińskiego. Zdecydowałem się na chiński węzeł. Owoce - przecież jodły i świerki kwitną w grudniu czekoladowymi szyszkami. A, że w Chinach, oprócz drogich importów, ciężko znaleźć dobrą czekoladę - i to jeszcze w czerwonym opakowaniu, kupiłem kilogram cukierków. Zgodnie z radosnym duchem Świątecznym, oczywiście Shuangxi (Double Happiness - Podwójna Radość).


Jak eklektyzm to eklektyzm - obok zachodnich bombek rosnących w górę, dyndają sobie typowo chińskie cukierki i chiński węzeł. 

Choinka to taka symboliczna sałatka. Każda ozdoba, każdy kolor ma swoje znaczenie. Bombki mają symbolizować zakazany owoc - czy tam owoc poznania, jak kto woli, światełka - ciepło, kolory zielony, czerwony i złoty, nadzieję, pomyślność i bogactwo. Łańcuchy sięgają czasów, gdy na drzewko zarzucano wstążki i chwytając je, tańczyło się dookoła. Choć każdy może na choince zawiesić cokolwiek mu się podoba, na czubku zawsze jest aniołek, szpica lub gwiazda.  Niestety, aniołek był zbyt skomplikowany, szpica kojarzyła mi się zbyt bojowo, więc zdecydowałem się na gwiazdę, która zgodnie z Biblią miała wskazywać Trzem Mędrcom drogę. Średnio mi się podobał efekt końcowy, ale przypomniała mi się chińska flaga, którą dostałem od Mandy kilka dni wcześniej. Dzięki temu mam na górze choinki nie jedną, a sześć gwiazdek. Przez chwilę zastanawiałem się czy nie będzie to zbyt prowokacyjne. Jednak wszyscy, którzy do tej pory widzieli moją nową roślinkę byli, nie tylko pozytywnie zaskoczeni, ale i żywo zainteresowani dlaczego wygląda ono tak akurat tak jak wygląda a nie jak choinki taśmowe. I niech nawet sobie puryści gadają, że to bluźnierstwo i profanacja - gdy przyjechałem do Yangchun, byłem praktycznie bezdomny, a właśnie tutaj, w Chińskim Kantonie, znalazłem miejsce przy stole Wigilijnym.


Mędrców gwiazda przywiodła do Betlejem, a mnie do Chin.

Papierki, kokoski i morze - czyli kolejna wycieczka po wlepkę.

Papierki, kokoski i morze - czyli kolejna wycieczka po wlepkę.


Tym razem, wycieczkę do urzędu, umilił nam szum morza i dyndające na wietrze liście palm kokosowych.

Nie wiem czy dzięki imbirowi, czy dzięki zastrzykowi adrenaliny spowodowanemu perspektywą wbicia kroplówki, ale grypa zaczęła mi powoli mijać. Włączyli mi również internet w domu więc nie musiałem co trzy dni biegać do kafejki żeby sprawdzać pocztę.
 
Żeby nie było do końca tak kolorowo, niestety, znów zaczął dobiegać końca mój pobyt w Chinach. Ponieważ kary za przedłużenie sobie czasu przydzielonego na wizie są słone (ok. 15 usd za każdy dzień i możliwość niedostania już więcej wizy), nie chciałem ryzykować łamania prawa imigracyjnego. Z drugiej strony, nie chciało mi się również robić dwóch wycieczek do Guangzhou składających się z 4 godzin w pociągu w jedną stronę, kilku godzin biegania po mieście, i 4 godzin w pociągu spowrotem.


Lubię pociągi, ale 4 godziny w jedną stronę tam i spowrotem do miejsca, w którym już byłem jawiło mi się nieco jako "pusty przebieg". 

- Laura, my znamy komendanta policji, prawda?
- Tak, kilku moich byłych kolegów z klasy jest też policjantami, a coś potrzebujesz?
- Nom, chciałbym sobie zrobić zdjęcie w czapce policyjnej. A tak serio, to chciałbym zapytać czy jest możliwość przedłużenia wizy w Yangchun - w końcu to nie jest jakaś wioska zabita dechami. 

Laura zadzwoniła do pana komendanta. Po półgodzinnej rozmowie, okazało się, że jest możliwość wbicia nowej wlepki w leżącym nieopodal Yangjiang. Pan komendant zapewnił również, że wszystko powinno odbyć się bezproblemowo i szybko.

Kilka dni przed wycieczką do Słonecznej Rzeki, udaliśmy się z Laurą na komisariat by załatwić meldunek. Nie było wniosków po angielsku, więc wszystkie dane, wklepała do komputera nieobeznana z meldowaniem obcokrajowców policjantka. Oczywiście, nic nigdy nie może być w 100% dobrze, więc na wydruku, który już rozumiałem bo był po chińsku i angielsku, moja data wjazdu kompletnie rozbiegała się z datą widniejącą na pieczątkach. Niestety, zadowolenie z pola "address in China", przysłoniło mi wzrok i chochlika drukarskiego dojrzałem dopiero na długo po wyjściu z posterunku więc zdecydowałem już tam nie wracać, licząc na to, że w Yangjiang, nikt się nie przyczepi.



Mając sumiennie odrobioną pracę domową, nie miałem powodów by przejmować się drobnostkami. 

Odnośnie samego czepiania się, tym razem, moim ogromnym atutem był fakt, że wiedziałem jakie dokumenty trzeba przygotować. Policzyłem dni w kalendarzu i powiedziałem Laurze, że do biura SBecji, najlepiej byłoby się wybrać w poniedziałek. Laura zapewniła mnie, że załatwi transport i żebym się o nic nie martwił - co było całkiem logiczne bo w weekendy mam najwięcej zajęć a wolne mam tylko w poniedziałki i piątki. W niedzielę po zajęciach, przypomniało mi się jednak, że nie znam przecież adresu PSB, a że wydział imigracyjny zajmuje się również emigracją (czyt. sprawami paszportowymi Chińczyków), pan komendant mógł źle zrozumieć pytanie. W myśl zasady "przezorny zawsze ubezpieczony" - czy jakoś tak - wolałem sprawdzić w internecie informacje. Internet to wielkie kompendium wiedzy, wyrocznia i nieocenione ułatwienie. Niestety, by znaleźc odpowiedzi na konkretne pytania, trzeba wiedzieć jak te pytania do Wujka Google formułować. Przez nieznajomość języka, wyszukanie informacji o PSB w Yangjiang, zajęło mi ponad godzinę. Wszystko dlatego, że hasła "PSB Yangjiang, Entry and Exit Yangjiang, Public Security Bureau Yangjiang, Visa extension Yangjiang, itp", zwracały właściwie puste wyniki, z których jedyne w zrozumiałym dla mnie języku to forumowe przepychanki amerykańskich nauczycieli angielskiego, wystawionych rzekomo do wiatru przez właścicielkę jednej z lokalnych szkół językowych. Na szczęście, wujek Google, daje nam do dyspozycji fajowe narzędzie o nazwie translator. Odszukałem chińską nazwę PSB, jak i chiński zapis Yangjiang. Znalazłem stronę biura SBcji, która jednak w sprawach wizowych, odsyłała, na stronę prowincjonalnego PSB w Guangzhou. Jak na złość, zakładka ENGLISH, nie chciała działać. Dalej, przeklejając zawartość, całych stron do google translatora i odliczając kolejno, który link zaprowadzi mnie do miejsca, które szukam, trafiłem na listę wydziałów imigracyjnych PSB w Guangdong poza Guangzhou. Na liście, zawierającej kilkanaście miast, znalazł się również YangJiang.



Strony po chińsku potrafię już przeglądać bez niczyjej pomocy. Jeszcze trochę i przyjdzie czas na czytanie lokalnej prasy.

Uzbrojony w tabelkę z numerami telefonów i adresami, tak po chińsku, jak i po angielsku, mogłem już spać spokojnie.

W poniedziałek rano zadzwoniła Laura mówiąc: "Wyjeżdżamy o 9:00, ok?". "No tak, zapomniałem się umówić na godzinę wyjazdu" - pomyślałem, patrząc na zegarek pokazujący 8.40. Po szybkim prysznicu i upewnieniu się, że mam wszystko, zbiegłem na dół by spotkać się z Laurą, która już czekała.
- Zamówiłam taksówkę. 

W Chinach, podobnie jak w innych wschodnich krajach, pozamiejskie taksówki spełniają rolę busików. Dzieli się je z innymi pasażerami, a przejazd jest czasem tańszy niż przejazd autobusem. Dodatkowy plus tego typu usługi jest taki, że niekiedy, jak dobrze porozmawia się z kierowcą, dowiozą nas pod adres, który nas interesuje. Taksiarze, spełniają również rolę kurierów. Można im wręczyć zaadresowaną kopertę by za kilkadziesiąt minut, ważna wiadomość czy paczka, pojawiła się u adresata. Niestety, nasza taksówka "na specjalne zamówienie", spóźniła się godzinę. W trakcie czekania, Laurę zjadał stres, że się nie uda. Ja, zgodnie z wcześniejszymi zaleceniami i pewny mojej prawidłowo odrobionej "pracy domowej", o nic się nie martwiłem. Trochę mi się jej jednak szkoda zrobiło, więc z grzeczności musiałem udać, że się przejmuję:

- Targujemy cenę, powiedziałem
- Ale taryfa jest tania, zresztą ja płacę. Jeszcze w ogóle nas nie wezmą.
- To co? Ale dla zasady. On się spóźnia, więc my targujemy cenę o połowę albo mniej. 
- Nie tak powinno być. Powinni nam byli powiedzieć, że nie mają wolnego auta. 
- Tymbardziej mamy powód do targowania ceny. Jesteśmy w Chinach i tu podobno reputacja i kultura MA znaczenie. Nie możemy więc dać się firmie zrobić w balona.



W Chinach, podobnie jak w wielu innych krajach, zbiorowe, pozamiejskie taksówki pełnią rolę busików i..... kurierów.

Nie wiem, ile kosztowała taksówka i ile Laura faktycznie zapłaciła. Mnie ochota na składanie reklamacji przeszła gdy tylko okazało się, że trafiliśmy na kuriera-wyścigowca i byliśmy potraktowani jak przesyłki ekspresowe. Do tej pory, mój stereotyp chińskiego kierowcy, pokrywał się ze stereotypem szwedzkiego dziadka za kierownicą. Tym razem jednak, podczas gdy Laura nabawiła się poważnej choroby lokomocyjnej, mnie brakowało tylko pop-cornu jak lawirowaliśmy pomiędzy skuterami, ciężarówkami, nagminnie cięliśmy podwójne ciągłe i wyprzedzaliśmy po poboczu. Swoją drogą, nie mam pojęcia jak można dostać choroby lokomocyjnej na drodzę, która jest płaska jak stół.
 
Zostaliśmy podstawieni pod samo PSB. Zgodnie z moimi przypuszczeniami, mimo, że zajmują się sprawami wizowo-paszportowymi obcokrajowców, na miejscu nie było żadnej informacji, po angielsku. Rzuciłem szybko okiem na stoliki, na których również nie było żadnych wniosków wizowych. Plus był taki, że dla interesantów, zostało przeznaczone tylko jedno piętro więc nie trzeba było latać po żadnych schodach. Postanowiłem skorzystać z mojego niezawodnego sposobu na "sierotkę Marysię", czyli pytać funkcjonariuszy o interesujące mnie rzeczy - dla upewnienia, po kilka razy o te same informacje. Żeby jednak nie wyjść na idiotę, za każdym razem, pytanie formułowałem oczywiście inaczej. W ten sposób, bardzo szybko dostałem wniosek, po którego uzupełnieniu zostałem skierowany do właściwego okienka. Miła pani przyjmująca wniosek, porozmawiała trochę ze mną, a trochę z Laurą. Tym razem, o dziwo, nie dostałem żadnego pytania o powód przedłużenia wizy.
- Mogę Ci dać tylko 30 dni, ale po tym czasie, musisz opuścić Chiny [Zabrzmiało bardzo poważnie, ale chodziło o to, że wizę można przedłużyć dwukrotnie, a to było moje drugie przedłużenie]
- A mogę prosić żeby ostatni z tych 30 dni był 10 stycznia?
- A dlaczego? Liczymy od daty złożenia wniosku więc będzie 4 stycznia
- Tak na wszelki wypadek, gdyby były jakieś problemy przy wyjeździe - to jest tylko kilka dni, a ratuje mnie od możliwości złamania prawa. 
- Dobrze, spróbuję zrobić tak by nowa wiza kończyła się 10 stycznia. 
Oznaczało to, że mój wniosek został przyjęty i bez żadnych problemów zostaliśmy poproszeni o wniesienie opłaty w wysokości 160 juanów. Jak się później okazało, to Laura pozytywnie zaliczyła mój wizowy "interview".
Z szybkiej wycieczki objazdowej, Yangjiang, wydało mi się bardzo podobne do Yangchun, więc nie chciało mi się wracać do tego samego miejsca tylko po to by odwiedzić nowych znajomych z urzędu. Za namową Laury, zdecydowałem się wypełnić druczek o przesłanie paszportu pocztą. Miałem trochę pietra czy paszport na pewno dojdzie. Z jednej strony, procent przesyłek zagubionych jest w Chinach niższy niż w Polsce. Z drugiej, porównując procenty, w kraju który liczy ponad miliard mieszkańców z krajem, który mieszkańców ma nieco ponad 38 milionów, oczywistym jest, że ostateczna liczba tych zgubionych paczek będzie, w przypadku pierwszego, dużo większa.
 
Nie chciałem się jednak przejmować na zapas. Byliśmy bardzo zadowoleni, że tym razem, wizyta w PSB zajęła nam pół godziny i nie było żadnego odsyłania do innych miejsc, biegów przełajowych na orientację ani wbiegania i zbiegania po wąskich ruchomych schodach - jak dobrze znać zasady gry, w której się bierze udział.

Laura przypomniała mi, że Yangjiang leży nad morzem. Zaproponowała więc małą wycieczkę na plażę. Zgodnie z mapą, miasto powinno faktycznie być nad Morzem Południowochińskim, które jest częścią Oceanu Spokojnego. Stan faktyczny jednak jest nieco inny. Najbliższa plaża, położona jest w miejscowości Djapu, ok. 60 km od Yangjiang.



I co z tego, że zimno? Po chwilach stresu, relaks nad brzegiem morza - bezcenny.

Po dotarciu na miejsce, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że "gdzieś już to widziałem".No tak, drugi Sopot!. Dookoła pełno straganów, sprzedających importowane niewiadomo skąd, wątpliwej jakości pamiątki, knajpki z potrawami z całego świata serwujące, w istocie "świeże" rozmrażane ryby z najbliższego marketu i riksiarze nawołujący do przesadnie drogiej, masochistycznej wycieczki po okolicy niewygodnym, hałaśliwym tuk-tukiem z wydechem zamontowanym w taki sposób, by świeżość nadmorskiego powietrza nie okazała się dla przyjezdnych z dużych miast zbytnim szokiem.


Jeden ze straganików rodem z Sopotu. Brakuje jeszcze tylko ciupag i miniaturek Smoków Wawelskich.

Dodatkowo, Djapu to jedno z tych przerażających miasteczek rodem ze Strefy Mroku. Mimo ogromnej infrastruktury turystycznej, dziesiątek knajpek, drogich hoteli i letniskowych willi, poza sezonem, na ulicach nie ma prawie żywej duszy. W środku zimy, mimo sterylnej plaży wyściełanej równiutko wyprasowanym piaskiem i przyozdobionej rządkami palm kokosowych, Djapu, do złudzenia przypomina miasto duchów.


Poza sezonem, populacja Djapu drastycznie spada i większość budynków świeci pustkami.

Pustki nie przeszkadzają jednak niektórym sprzedawcom pamiątek otwierać swoich kramików, a administracji plaży zbierać słoną opłatę za wstęp. Jak na ironię, kilkaset metrów od płatnych bramek są wejścia bezpłatne - na dokładnie tę samą plaże. 


Wstęp na sterylnie czystą i zadbaną plażę może być płatny lub nie - "każdemu według potrzeb".

Szwędając się po piasku w poszukiwaniu skalopków, które widziałem wcześniej na straganach, zastanawiałem się, po co właściwie chińczykom plaża. Tutaj nie ma zwyczaju opalania się. Chińczycy brzydzą się ciemnego koloru skóry, a koncerny kosmetologiczne czerpią ogromne zyski ze sprzedaży produktów...... wybielających. Plażę, chińczycy wykorzystują do romantycznych spacerów, relaksu od zgiełku dużego miasta, uprawiania sportów wodnych, a także jako tło do zdjęć ślubnych i........ miejsce kultu zmarłych, o czym przekonałem się nadeptując przez przypadek na kadzidełko, które było częścią czegoś co wyglądało na "krąg duchów". Nie mam pojęcia czy czyjeś prochy zostały tam akurat rozsypane, czy kadzidełka, razem z papierowymi pieniążkami, domkami i innymi potrzebnymi w życiu pozagrobowym rzeczami zostały zapalone ku pamięci. w każdym razie, nie chciałem się tym przejmować.


W kraju, w którym nie ma zwyczaju opalania się, plaża to idealne miejsce na romantyczne spacery, zdjęcia ślubne lub...... uczczenie pamięci zmarłych.

Niestety, nie udało mi się znaleźć ani jednego przegrzebka, a wszystkie inne muszelki, zebrałem dla Pana Whyetta i jego żony, którzy zaprosili nas na domową kolację w zachodnim stylu. Po tygodniu, na szczęście, poczta również nie zawiodła i koperta z moim paszportem nie trafiła w niechlubny poczet paczek zagubionych.



No to Święta w Yangchun już pewne.

Test medycyny wschodnio-zachodniej zaliczony.

Test medycyny wschodnio-zachodniej zaliczony.

Podobno katar nieleczony trwa tydzień, a leczony, siedem dni. W moim ostatnim przypadku, zajęło to trochę dłużej. Przez ten czas, zdążyłem się porządnie wystraszyć, pograć w badmintona i przekonać o nieocenionej skuteczności autosugestii w medycynie :-). 


ZZZZZzzzziiiiimmmmaaaa przyszła. Bez kurtki, ani rusz.

Gwałtowny spadek temperatur z 30 do 15-20 stopni w ciągo dnia, przyniósł ze sobą powietrze porównywalne do tego, które można poczuć wczesną wiosną w Polsce. Sęk w tym, że przy dość wysokiej wilgotności, zimno wydaje się być przerażającym zimnem, a gorąco wydaje się być piekłem na ziemi. Co za tym idzie? Wszyscy wokół mnie zaczęli kichać i smarkać. Nie musiałem długo czekać by wirus, czy tam bakteria, przeniosła się również na mnie.

Pewnego popołudnia, czytając wiadomości, nagle poczułem jakbym się osuwał z krzesła. Wstałem połamany do tego stopnia, że nic mi się nie chciało.  

Początkowo myślałem, że tylko mnie przewiało, więc zawinąłem się w ciepłą kołdrę i poszedłem spać. Następnego dnia, obudziłem się z zapchanymi zatokami. Najgorsze przyszło jednak dopiero gdy pojawiłem się w pracy, i nie chodziło tutaj o prowadzenie zajęć z głową ważącą 20 kilo więcej. 

- O, jesteś chory. Powinieneś wziąć to, to, to i to. 
To zdanie usłyszałem tego dnia od kilkudziesięciu osób, które ze mną rozmawiały. Z początku wydawało mi się to naturalne - po prostu, ktoś zauważył; nic wielkiego. Po kilku godzinach, miałem jakieś dziwne wrażenie, jakbym utknął w jakimś świstaczo-chomiczym dejavu

Co gorsza, większość osób, która ciągle przypomniała mi o moim nienajlepszym samopoczuciu, przyniosła mi torebki wypakowane jakimiś, gorzej lub lepiej pachnącymi ziołami. Niektóre wyglądały nawet efekciarsko - w jednej z foliówek, obok suszonych liści jakiegoś kwiatka (chyba), znalazłem pancerzyki czegoś co wyglądało na pszczoły - na szczęście puste i bez żądeł. Gdy wróciłem do domu, wyłożyłem wszystko na stół i pomyślałem, "Od czego by tu zacząć?". Od rozterek, wyratowała mnie Mandy, która pojawiła się zanim zdążyłem przygotować pierwszy napar.
- O, jesteś chory. Chodź, pójdziemy do apteki
- Ale, ja już mam.....

Mandy na pewno mnie nie usłyszała bo w momencie gdy kończyłem zdanie, była już na dole. Sam też pomyślałem, że warto byłoby odwiedzić chińską aptekę celem zaopatrzenia się w coś zachodniego - tymbardziej, że w mojej podróżnej apteczce, zostały mi tylko tabletki na biegunkę, alergię, antymalaryki i opatrunki - nic czego bym akurat potrzebował. Mandy wybrała dla mnie jakieś zielone i brązowe torebki. Sam, po ponad półgodzinnym przegrzebywaniu półek aptecznych, otwieraniu każdego pudełka i czytaniu ulotek w poszukiwaniu angielskich czy łacińskich składników aktywnych, w końcu znalazłem mieszankę paracetamolu z pseudoefedryną, który zmieszany z kawą daje mi zazwyczaj urlop od jakiegokolwiek przeziębienia na kilka godzin.



Początkowo, miałem wątpliwości czy znalazłem się w aptece, czy w muzeum.

W chińskich aptekach, można zasięgnąć porady lekarza medycyny chińskiej lub zachodniej. Można również kupić wszystko - od ziół, przez paskudne, suszone stworki, po to co znamy z aptek zachodnich. Dla każdego coś się znajdzie. Trafienie na coś konkretnego, wymaga jednak nieco cierpliwości.  Przeważnie, napisy na opakowaniach zachodnich leków są po chińsku, ale na wielu ulotkach w środku, nazwy substancji aktywnych są już wyszczególnione po angielsku.
 
Przez parę kolejnych dni, postanowiłem zerwać wszystkie społeczne kontakty wieczorne i skupić się na doprowadzeniu się do porządku, co było mocno utrudnione przez to, że nie chciałem by ktokolwiek mi przypominał o przeziębieniu. Wymyśliłem sobie więc by stwarzać pozory, że wszystko jest OK. Czasem wychodziło mi to lepiej, czasem gorzej. 


Pijąc dziwne herbatki, próbowałem rozkminić, dlaczego zasadzili choinkę za moim oknem do góry nogami.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że objawy czasem ustępywały na cały dzień by potem uderzyć ze zwielokrotnioną siłą pod wieczór. Z dwóch dni zwolnienia z pracy, które dostałem, wykorzystałem więc tylko jeden by nacieszyć się promykami słońca, które wtedy akurat wyjrzały zza chmur. Niestety, kolejny dzień był już pochmurny, a ja strasznie się nudziłem, więc na popołudniowych zajęciach już się pojawiłem. Z resztą, zawsze gdy chodziłem do lekarza po zwolnienie, wykorzystywałem je by uciec od czterech ścian i, w ramach kuracji, spędzić trochę czasu na świeżym powietrzu. Z naturalnych leków, do szuflady schowałem ciekawie wyglądające i pachnące zioła i zostawiłem sobie jedynie imbir, jujubę i to coś w zielonych i brązowych torebkach, którego składu mi nikt nie potrafił przetłumaczyć. 


Mój wschodnio-zachodni, przeciwgrypowy arsenał.

W końcu, zamiast się poprawiać, zaczęło się pogarszać. Przestraszyłem się że może to być jakieś odkomarze świństwo i jednak mój organizm sobie z nim sam nie może poradzić. W końcu, Laura znalazła rozwiązanie - zaprowadziła mnie do lekarza. Gdy tylko zostałem usadzony na krześle i zobaczyłem dłoń medyka trzymającą zbliżającą się szybko igłę od kroplówki (tutaj, bardzo często, już w kolejce wkłuwa się pacjentom kroplówkę - na lepsze samopoczucie), objawy minęły jak ręką odjął. Przez kolejne dni już wszystko powoli zaczęło wracać do normy. Trzeba przyznać, że lekarz, okazał się być prawdziwym profesjonalistą.


Na lepsze samopoczucie, można przyjść do lekarza posiedzieć sobie pod kroplówką. Dostępne nawet w niektórych aptekach.