poniedziałek, 22 stycznia 2018

Chiny (Gansu)

Chiny (Gansu) - Bliźniaki wielojajeczne i Wielkie Ogrodzenie


Z dojazdem do Jiouquan miałem fuksa. Udało mi się tam dotrzeć dzień wcześniej niż planowałem

Gdy tylko dojechałem do Jiuquan, zacząłem poszukiwania noclegu. Idąc wzdłuż głównej drogi wlotowej, natknąłem się na charakterystyczny szyld ze strzałką i kilkoma, losowo wybranymi, chińskimi znaczkami. Co prawda, nie był to hotel, a duży dom z wielkimi oknami na pierwszym piętrze. Trzęsąc się z zimna, postanowiłem spróbować i wejść do środka - tak, to był malutki hotelik. W recepcji siedział miły pan w średnim wieku, który, widząc białogłowego, nonszalancko rzucił cenę 70 juanów za nocleg. Próbowałem zbić do 30 juanów. Po kilkudziesięciu minutach targowania się przy pomocy google translatora uruchomionego na komputerze stojącym na biurku, właściciel dał za wygraną i wynajął mi pokój - nie za 30, ale za 20 juanów.


"Big Ben" w Jiuquan - mój punkt orientacyjny w drodze do hoteliku.

Następnego ranka, w recepcji, czekało na mnie śniadanie i komitet powitalny w postaci kilkunastu osób robiących mi zdjęcia. Wsuwając pikantne kluski, które popijałem czajem, miałem wyrzuty sumienia, że nie znalazłem innego zakwaterowania - możliwe, że właściciel nie wiedział o zakazie meldowania obcokrajowców w hotelach, które nie mają trzech gwiazdek, a ja nie chciałem ściągać na niego niepotrzebnych problemów.
  
Po śniadaniu,  pan Jian, razem ze swoją córką pokazał mi okolicę. Porozmawialiśmy również przez google translator na temat moich planów na dzień. Plany, co prawda miałem, ale tak nieokreślone, że podczas półgodzinnej rozmowy, co chwila je zmieniałem.


Budzący respekt centralny plac Jiouquan.

Gdy zostałem już sam, postanowiłem pokręcić się po mieście i wejść w interakcje z otoczeniem. Łaziłem tak sobie bezcelowo, odmarzając dłonie po szerokich ulicach nowoczesnego, lecz trochę kiczowatego Jiuquan, które, nie zrobiło na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia. Miasto wydało mi się być dwujajowym bliźniakiem położonego 23 kilometry dalej, odrażającego i przyciągającego jednocześnie, industrialno-historycznego Jayiuguan.

30 kilometrów od Jiuquan i 5 kilometrów od centrum Jayiuguan, bowiem, znajduje się chyba największa atrakcja turystyczna Chin - żywa historia - czyli Wielki Mur Chiński - a właściwie tylko jeden, zachodni, odcinek. Śięgający do VIII wieku p.n.e., Wielki Mur, ciągnął się na 9.000 kilometrów, z czego ponad 6.000 kilometrów to faktyczna ściana, 300 kilometrów to okopy, a niewiele więcej niż 2.000 kilometrów to naturalne granice w postaci gór i rzek. Podstawową funckją Ogrodzenia była ochrona całej północnej granicy dawnego Imperium Chińskiego. Obecnie, Mur, służy do robienia wrażenia na turystach z całego świata.


Ponad 8.000 kilometrów długości. Dawniej więcej niż 5 metrów wysokości, czyli ciągnący się przez prawie cale północne Chiny, Wielki Mur.

Pod Wielkie Ogrodzenie miałem zamiar wybrać się następnego dnia. Gdy znudziłem się już Jiuquan, była godzina 17:00, czyli zostały trzy godziny do zachodu słońca. Miałem wrażenie, że nie wystarczy mi czasu. Mimo wszystko, postanowiłem, że spróbuję. Ustawiłem się na drodze w kierunku Jayiuguan. Postałem kilka minut i zmieniłem zdanie. W mojej głowie rozgrywał się konflikt jechać - nie jechać? Nie mając nawet pewności czy byłem na właściwej drodze, wszedłem do otwartej firmy żeby zapytać którędy najlepiej dojechać do Wielkiego Ogrodzenia. Właściciel powiedział, że jestem na dobrej drodze, ale o transport nie powinienem się martwić, bo on za chwilę kończy pracę i jedzie akurat w tamtą stronę.


Jednak się zdecydowałem :-).

Po godzinie byłem już pod Fortem Jayiuguan - ostatnim z dawnych punktów obronnych Imperium Chińskiego, poza którym spotkać można było jedynie pustynne demony i niecywilizowane, jedzące rękoma, barbarzyńskie plemiona. 14-wieczny Fort Jayiuguan był kilka lat temu, razem z przyległą do niego częścią Ściany, przywrócony do, podobno, oryginalnego stanu przez prywatnego inwestora.



Znajdujący się w pobliżu Jiayouguan 14-wieczny Fort.

Rozczarowanie przyszło gdy zobaczyłem cenę biletu. Ponad 50 złotych za zwiedzanie Fortu, części Ogrodzenia i muzeum - bilet łączony z 50% zniżką dla studentów. Może nie jest to koszmarnie wielki wydatek, ale ja nauczyłem się już liczyć juany jak złotówki, czyli relatywnie do chińskich zarobków i cen. Patrząc z tego punktu widzenia, nawet studencki bilet wstępu wydał mi się masakrycznie drogi. Cóż począć? Stoję pod Wielkim Murem i nie mogę na niego wejść? Coś tutaj nie gra. Jasne, że mogę - od czego Polacy mają wrodzona umiejętność kaskaderskiego skakania przez płoty? Idąc wzdłuż Ogrodzenia, udałem się nieco dalej aż do nieodnowionej, na potrzeby biznesu turystycznego, części ściany, która, z czasem, straciła prawie 3 metry ze swojej wysokości (podobno w czasach świetności, Wielki Mur był wysoki na minimum 5 metrów). Tam czekał na mnie o wiele bardziej autentyczny, pod względem historycznym, inny niż podręcznikowy, i mniej "plastikowy" widok. Zacząłem też powoli obalać mit o bylejakości chińskich produktów. No bo jak wytłumaczyć, że ogromne Ogrodzenie wybudowane kilkaset lat temu, stoi w nadal w tym samym miejscu, jedynie lekko nadgryzione przez ząb czasu?


Idąc kawałek od odrestaurowanej części, można zobaczyć nienaruszony fragment. Choć nadgryziony nieco przez ząb czasu, oferuje bardziej autentyczne doświadczenie, nadal budząc wielki szacunek dla byłego Imperium Chińskiego.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza