niedziela, 21 stycznia 2018

Śmierdząca droga do Islamabadu.

Śmierdząca droga do Islamabadu.

Rano, z Samuelem i Sherazem - jego kolegą ze studiów zjedliśmy obfite śniadanie i wypaliliśmy kilka papierosów. Samuel zaordynował służącemu spakowanie naszych bagaży do jeepa. Jedziemy do Islamabadu, a Mercedes płata figle - jeep jest bardziej niezawodny.
Wyjazd terenu z bazy wojskowej okazał się dziecinnie prosty. Na pasie wjazdowym jest gęsta kontrola, ale pas wylotowy jest już wolny. Nie mniej jednak, gdyby przyłapali mnie w tym miejscu, skończyłoby się na wielogodzinnym przesłuchaniu i możliwie deportacji (czego nie chciałbym mieć w papierach).
  
Po drodze do Islamabadu, zatrzymaliśmy się w miasteczku Badoki, nieopodal którego znajduje się podupadła Gurudwara (świątynia sikhijska) z czasów Wielkiego Imperium Mogołskiego. Gudwary, otwarte dla każdego, miały z początku pogodzić zwaśnionych Muzułmanów i Hindusów. W środku, ani na zewnątrz, nie znajdziemy żadnych symboli związanych z bóstwami ani konkretną religią. Może poza starożytnym....... mitraizmem.


Ze względu na brak hindusów w Badoki, świątynia popadła w ruinę.

Nieco dalej, znajduje się 16-wieczny fort Rohtas wybudowany przez afgańskiego władcę, Shehr Shah Suri. Ogromna, świetnie zachowana fortyfikacja znajduje się pod ochroną UNESCO i, schowana nieco z głównych ścieżek, nie została jeszcze zadeptana przez rządnych zdjęć japońskich turystów z wielkimi obiektywami. Zamiast nich, na obszernych dziedzińcach, możemy obserwować pasące się bawoły i kozy. Lokalizacja fortu na wzgórzach zapewniała świetne właściwości obronne. Jeśli komuś udało się przekroczyć w deszczu kul szeroką fosę i dojść do samych ścian, żołnierze wylewali na najeźdźców wrzący olej. 

- Uważaj na węże. 
- Tu są jakieś węże?
- Tak, teraz jest sezon na czarne kobry.
- ....

Niestety, żadnej nie udało mi się spotkać.


Jedna z dwunastu bram Rohtas Fort.

Jadąc wzdłuż pól ryżowych i bawełnianych w stronę Islamabadu, po kilkudziesięciu kilometrach, uderzył mnie dość mocny zapach. Na tych terenach, gdzie by tylko nie spojrzeć, rosną sobie dziko bardzo dobre odstraszacze komarów - konopie. Ich ciężką woń da się odczuć nawet w samej stolicy Pakistanu. Za posiadanie narkotyków teoretycznie grozi tutaj kara więzienia. Prakycznie, policja nic z tym nie robi - za dużo drobnej roboty by mieli. Jednak  sprzedając nawet małe ilości, diler musi liczyć się z karą śmierci.



Komary tego zapachu nie lubią :-).

Do Islamabadu dojechaliśmy późną nocą. Zjedliśmy kolację - oczywiście na osiedlu wojskowym ;-) i jak dzieci, od razu zasnęliśmy. 
Następnego ranka, Samuel zwlókł mnie siłą z łóżka: 

- Chcesz sobie postrzelać z kałasza?
- Czemu nie?
- To chodź do ogródka. 

Wyciągnął z szafy kałasznikow, załączył magazynek i udaliśmy się do ogrodu oddać dwie salwy honorowe na przywitanie nowego dnia. Dowiedziałem się, że w Pakistanie, widok strzelającej w powietrze osoby z pistoletem czy karabinem nikogo nie dziwi nawet w centrum miasta. Dwa lub trzy strzały i nic nie ma prawa się stać. Tutaj wszyscy trzymają w domu strzelbę. W razie gdyby policja się pytała, można powiedzieć, że testujemy broń. Żeby nie było, że Pakistan to dziki zachód - strzelanie do ludzi jest zabronione.



Będąc w Pakistanie, trzeba koniecznie postrzelać sobie z AK-47. To jedna z atrakcji turystycznych tego kraju.


W Islamabadzie zostanę jeszcze przez kilka dni. W środę, 31 sierpnia jest święto Eid - zakończenie Ramadanu i próba jakiejkolwiek podróży tego dnia to tak jak próba podróży 25 grudnia w krajach katolickich.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza