poniedziałek, 22 stycznia 2018

Welcome to China!

Długa droga, celnicy sadyści i miłe zakończenie ciężkiego dnia czyli Welcome to China!


Welcome to China!
Rankiem, z Niko i Mannfredem, poszliśmy do punktu odprawy celno-paszportowej. Granicy pakistańsko-chińskiej, nie da się przekroczyć w inny sposób niż zorganizowanym transportem. Tutaj, celnicy mają ostemplowaną listę pasażerów, Autobus kosztuje ponad 30 dolarów i jest jedyną opcją. Jesli naszego nazwiska nie ma na liście pasażerów, nie dostaniemy stempla w paszporcie. Dzięki mojemu fuksowi, udało mi się zaoszczędzić pieniądze, których i tak nie miałem (powiedzieli mi, że w Sost jest bankomat - niestety, informacja była nieprawidłowa).

Kontrola bagaży bardzo wnikliwa. Przy pakistańskich celnikach, musięliśmy wypakować i zapakować ponownie nasze plecaki. Po godzinie byliśmy już w drodzę, która łagodnie pieła się pod górkę żeby w końcu, po dwóch godzinach dojechać do Khunjerab Pass leżącego na wysokości blisko 5.000 metrów n.p.m. Szczerze mówiąc, bałem się nieco tego przejścia - nie wiedziałem, jak mój wyniszczony przez palenie organizm zareaguje na górskie rozrzedzone powietrze. Okazało się, że niedostatek tlenu nie był mi straszny. Mało tego, z każdą fajką, czułem się coraz lepiej. Widziałem też kilka starszych osób więc pomyślałem sobie, że skoro oni mogą, to i ja!

Celnicy Chińscy jeszcze bardziej niż pakistańscy trzepali bagaże. Na szczęście, mojego plecaka nie ruszyli (nie żebym coś wiózł, ale zajęłoby to zbyt dużo czasu). Na granicy były trzy autobusy - nasz, jeden niemców i jeden pakistańczyków. Jeden z celników, niczym treser zwierząt, urządzał nam musztrę - ustawiał w kolejce, ponownie sadzał. W skrócie, wydawał komendy "Powstań! Siad!" Mimo ruchów rodem z gestapo, wyglądało to dosyć komicznie. Śmiać mi się odechciało, gdy zobaczyłem jak zarekwirowanym od jednego pakistańczyka kijem do krykieta zaczął okładać wyjącego z bólu psa. Miałem ochotę wyjąć mu z kabury nóż i włożyć mu w oko. Ledwo powstrzymałem kipiącą ze mnie wściekłość. Swoją drogą, ciekawe jakby ambasada na to zareagowała :-).

Po kontroli bagaży, droga, tym razem asfaltowa, szła już w dół. Kontrola paszportowa odbyła się w leżącym 200 kilometrów od Khunjerab Pass Taszkurganie. Wszyscy pasażerowie byli zaproszeni do nowoczesnego terminalu przypominającego lotnisko. Zaraz na wejściu, w moje czoło wymierzony został laser. Przypomniała mi się scena z Men in Black jak wymazywali pamięć jednej pani doktor. Okazało się, że to zwykły termometr - Chińczycy nie chcą wpuszczać do swojego kraju chorych. Moja temperatura była jedynie 7 kresek niższa niż norma, ale to pewnie wina kiczowatego termometru. Gdy pani celnik wbijała mi pieczątkę w paszporcie, nie mogłem..... po prostu nie mogłem się powstrzymać żeby zapytać.....

- Czemu ma pani jedną gwiazdkę na piersi i dwie gwiazdki na pagonach?
 
I to pytanie załatwiło mi darmowy pierwszy nocleg na komisariacie policji granicznej. Nie zdążyłem nawet podziękować moim austriackim dobroczyńcom. Swoją drogą, Chiny zaczynają się baaaaaaardzo ciekawie ;-).

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza